Krótko o filmie: „50 twarzy Greya”

Zwykle nie recenzuję filmów i tym tekstem także nie chcę do tego pretendować. Piszę o książkach i niech tak zostanie. Jednakże film, na którym byłam w kinie budzi tyle emocji, że postanowiłam napisać o swoich odczuciach po obejrzeniu go. Książkę, na podstawie której powstał zrecenzowałam i oceniłam już dawno, lecz teraz widzę ją w nieco innym świetle. Nadal jest to językowy chłam, jednak sam jej wydźwięk nabrał innego znaczenia. Ale przejdźmy już do filmu.

Wbrew pozorom nie był tak zły, jak większość ludzi o nim mówi. Pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że był całkiem niezły. Jak dla mnie oczywiście. Nie znam się zbytnio na tych wszystkich technicznych aspektach, więc nie na tym będę się skupiać. Chociaż muszę przyznać, że ci, którzy przy tym filmie pracowali, postarali się, żeby wypadł jak najlepiej. Grey został pokazany jako męski-mężczyna-pełny-męskości, czyli typ twardziela, co to wszystko musi mieć pod kontrolą. Co do mnie, jakoś nie widzę tej powalającej jakoby urody aktora, ale ostatecznie każdy ma swoje gusta. Grunt, że umiał oddać osobowość swojej postaci. Natomiast aktorkę grającą główną bohaterkę podziwiam za odwagę, z którą pokazywała na ekranie swoje ciało. Na prawdę. A skoro już przy tym jestem, to muszę przyznać, że ujęcia, na których jest naga zostały zrobione z takim wyczuciem, jakiego próżno szukać w literackiej wersji.

Przyznaję się otwarcie, że mnie też zdarzyło się zaśmiać na scenach erotycznych. I nie, nie jestem gimnazjalistką. Po prostu nie wyobrażam sobie jak można kogoś łaskotać w trakcie seksu. Trochę bez sensu. No i scena, w której w spowolnionym tempie oglądamy jak Grey biczuje swoją kochankę. Nieco przesadzone. Jeśli ktoś miał w życiu szansę oglądać film „7 i 1/2 tygodnia” z pewnością rozpozna scenę, która rozgrywa się w domu głównej bohaterki. Nie powiem, że rozczarowali mnie tym, że czerpali z klasyki. Moim zdaniem to jak najbardziej w porządku, że zatrudnili do tego filmu ludzi z tamtej ekipy. W końcu znają się już na tym prawda?

Ogólnie film mi się podobał. I gdyby ktoś mnie pytał, to poleciłabym do obejrzenia. Jak już mówiłam, nie jest to może kino wielkich lotów, ale mimo wszystko warto obejrzeć go choćby ze względu na to, że język kamery oddaje tę historię o wiele lepiej, niż marny warsztat literacki autorki pierwowzoru.

Dodaj komentarz