Belinda – miłość z przeszkodami

belinda

„Belinda” to bardzo niezwykła książka. Choć historia w niej opowiedziana może przywodzić na myśl, najbardziej w pierwszej chwili, „Lolitę”, to jednak jest od niej zupełnie różna. Tu nie chodziło o zaspokajanie swoich popędów czy zachcianek. Belinda nie była Lolitą, nie grała, nie udawała kogoś kim nie jest. Była po prostu sobą i niezależnie od wszystkiego pokochała tego, który przyjął ją pod swój dach. Momentami historia ich miłości wydaje się być tragiczną. Jak każdy przeżywają swoje wzloty i upadki. A mimo to, wciąż udaje im się przetrwać, choćby i najgorszą burzę.

Szczególnie na początku powieści bardzo wyraźnie pokazane jest wahanie głównego bohatera. Sądzi on, że to, co robi jest niemoralne, że wykorzystuje swoją nieletnią muzę, mimo jej całkowitej zgody i zaufania do niego. Z czasem jednak przekonuje się, że tak jest właściwie, że obrazy zawierające akty Belindy po prostu muszą ujrzeć światło dzienne. Szkoda tylko, że w tak dramatycznych okolicznościach. Denerwujące jest to niezrozumienie ludzi dla piękna sztuki, tak, jakby nagość musiała oznaczać jedynie perwersję. Także niesprawiedliwość z jaką potraktowani zostają bohaterowie, wzbudza nie tylko gniew, ale i coś w rodzaju smutku. Może i książka ma zakończenie rodem z bajek dla dzieci, lecz to w pewien sposób bardziej cieszy niż przeszkadza w ogólnym odbiorze tej powieści.

Temu, kto spotkał się już z twórczością Anne Rice wcześniej, na pewno rzuci się w oczy totalna zmiana stylu pisania. Cykl o wampirach był z pewnością zupełnie inny niż „Belinda”, jednak to świadczy jedynie o kunszcie warsztatu autorki. Mnie to diametralnie różne przedstawienie zarówno postaci, jak i fabuły w zupełności tutaj pasuje. Gdyby ta książka została napisana w inny sposób, nie byłaby już taka dobra.