Białe noce – przygód polskiego Langdona ciąg dalszy

bialenoce

Czytając „Chorągiew Michała Archanioła” i szykując się później do przeczytania kontynuacji, czyli „Białych nocy” spodziewałam się czegoś spor lepszego, niż to, co trafiło w moje ręce. Tym razem Janusz Korpacki wyjeżdża do Rosji, zostawiając swą żonę w domu, z podejrzeniem groźnej i nieuleczalnej choroby. Robi to, ponieważ pomocy potrzebuje jeden z najbardziej wpływowych ludzi, z którym liczy się sama głowa państwa. Od początku śledztwo jest zagmatwane, ciężkie i nierokujące zbyt dobrze na przyszłość. Niemożliwością by jednak było, gdyby nasz bohater nie zdołał wpaść cudownym sposobem na trop zaginionej dziewczyny. Od tego momentu wszytko zaczyna się wyjaśniać lawinowo. Szkoda tylko, że nagle okazuje się, że rozwiązaniem zagadki jest sytuacja dość prosta do przewidzenia. Jednak jakoś nikt na to nie wpadł, bo przecież trzeba trzymać czytelnika w napięciu…

Tym co bardzo mi się nie spodobało, było tak bardzo ewidentne nawiązanie do „Demonów Leningradu”, że właściwie główny wątek książki w pewnym momencie zaczyna się na tym opierać. Jak dla mnie jest to trochę niepoważne, bowiem wygląda to tak jakby autor w pewnym momencie stracił koncepcję i po prostu wziął wątek z innej książki i wstawił do tej byleby napisać cokolwiek. Poza tą wpadką także reszta książki raczej nie porywa, zachwycać się nie ma nad czym. W porównaniu do dwóch innych książek tego autora, które miałam okazję już przeczytać, tutaj zaobserwować można dość duży spadek formy pisarza.

Dodaj komentarz