Brzoskwinie dla księdza proboszcza – zderzenie światów

Dla mnie poprzednia powieść opisująca losy Vinne Rocher, „Rubinowe czółenka”, była kompletnie rozczarowująca. Toteż miałam wiele wątpliwości sięgając po tę pozycję. Kiedy wiele lat temu przeczytałam „Czekoladę”, byłam zachwycona tym, jak magiczną można napisać książkę. To było coś niezwykłego. Tutaj, w „Brzoskwiniach…” odnajdujemy tę gdzieś zagubioną nutę w momencie, kiedy Vianne wraca do Lansquenet. A przynajmniej w pewnym stopniu, bo trzeba sobie szczerze powiedzieć, że nie jest to jednak to samo. Tutaj nie ma już tej codziennej magii, która towarzyszy przygotowywaniu czekolady. Widać wyraźnie, że autorka bardziej chciała się skupić na tym, co dzieje się w tym niewielkim miastecku, jak bardzo zmieniło się ono przez 8 lat nieobecności Vianne.

Chyba najważniejszą z nich jest rywalizacja pomiędzy donośnym głosem muezzina wołającego wiernych na modlitwę i odwieczny odgłos dzwonów miejscowego kościoła. Na dodatek w miasteczku pojawia się tajemnicza kobieta z zasłoniętą twarzą i jej rzekomy brat, na punkcie którego wariują wszystkie kobiety. Jak widać autorka tym razem również postanowiła mocno namieszać, tym bardziej, że mieszkańcy zaczynają oskarżać o wszystko proboszcza Reynauda. W ogóle obserwowanie zmiany jaka zachodzi w księdzu pod wpływem tych wszystkich wydarzeń jest fascynująca. To wręcz niesamowite, jak bardzo można zmienić swoje podejście do życia, do spraw wiary i religii. I na to wszystko przyjeżdża Vianne, wezwana listem zza grobu przysłanym przez jej przyjaciółkę Armande.

Książka jest dobra i nie jest. Z jednej strony niezwykle brakuje mi tego rodzaju magii, którą uprawiała Vianne i skupiania się przede wszystkim na jej życiu. Jednakże patrząc szerzej i bardziej obiektywnie, widać, że autorce chodziło przede wszystkim o pokazanie zmian społecznych i kulturowych, jakie zachodzą, można to śmiało powiedzieć, teraz już w całej Europie. Ona robi to na tyle dobrze, że potrafi bezbłędnie pokazać nas samych w krzywym zwierciadle. Naszą ograniczoną tolerancję dla innych religii i zakłamaną chęć do życia z nimi w przyjaźni. Doskonale to widać po reakcjach mieszkańców Lansquenet, którzy po pierwszym zgrzycie między dwiema społecznościami miasteczka uznali „tamtych” za niegodnych swojego towarzystwa i odwrócili się od nich.

Dodaj komentarz