Bursztynowa luneta – koniec drogi

Im dalej w las, tym ciemniej. Tak samo jest z trylogią „Mroczne materie”. O ile jeszcze „Złoty kompas” był bajką dla dzieci, następna część, „Magiczny nóż” już mniej i to zdecydowanie, o tyle „Bursztynowa luneta” przestaje nią być całkowicie. Bohaterowie tej niezwykłej opowieści dorastają, więc wraz z nimi dojrzewa i sama powieść. Trudno bowiem powiedzieć, że się nie zmienia: można dostrzec pewną subtelną zmianę w dynamice, języku, stylu, jakim posługuje się autor. A czytelnikowi pozostaje patrzeć i podziwiać ten niezwykły kunszt, wręcz wirtuozerię twórcy.

Dalsze przygody dwójki dzieci, które poznaliśmy w dwóch poprzednich tomach trylogii. Spotykamy tu także inną bohaterkę poznaną już wcześniej. Mary Malone wiedzie wygodne życie wśród swoich dziwnych przyjaciół w innym świecie. Pomaga im jak może, uczy się ich języka, a także stara się rozwiązać zagadkę obumierających drzew kołowych. Starając się pomóc swym opiekunom konstruuje lunetę, przez którą może obserwować Pył, czy też Cienio-częsteczki, jak je nazywa. Pewnego dnia zauważa, że ich ruch nie jest chaotyczny: wręcz przeciwnie, wszystkie bardzo szybko przemieszczają się w jednym kierunku po niebie. Nie ma pojęcia, że jest to efekt bomby, która miała zabić Lyrę… Tymczasem Lyra i Will podróżują po krainie zmarłych. Nie jest to łatwa droga, lecz dzieci nie zważają na ból rozstania ze swymi dajmonami, który rozrywa im serca i postanawiają wyciąć przejście ze świata zmarłych do jakiegoś innego tak, by wszelkie istoty, które trafią tam po śmierci, mogły rozpłynąć się we wszechświecie. Czyhająca na życie dziewczynki Konsystorska Komisja Dyscyplinarna szykuje na nią zamach. Za pomocą specjalnie skonstruowanej bomby zamierzają ją zabić. Mają też w zanadrzu plan awaryjny: wysyłają jednego ze swoich ludzi, by przez wytropienie „węża” dotarł do dziewczynki i zabił ją. Jej śmierć byłaby końcem całego wszechświata, bowiem bez Pyłu nie może istnieć żadne rozumne życie, a ona ma stać się najważniejszym ogniwem łączącym go z każdym ze światów.

„Bursztynowa luneta” podobała mi się zdecydowanie najbardziej z całej trylogii. Nie potrafię powiedzieć dlaczego tak jest; może odpowiedź leży w tej dojrzałości, zarówno bohaterów, jak i samej opowieści. W pewnym momencie się zniechęciłam, bo „znów kolejna trylogia z opisem „, ale okazało się, że bardzo się w tym względzie pomyliłam, co, nie ukrywam, mnie ucieszyło. Poza tym, przydałoby się chyba na koniec zrobić małe podsumowanie całości. I muszę przyznać, że to jest jedna z najlepszych trylogii, jeśli nie najlepsza, jakie ostatnio (piszę „ostatnio, ale mam na myśli dość długi okres czasu) powstały. Jest… zachwycająca. Nie pozostawia po sobie tego niedosytu, który każe pytać, a co było dalej? Jest dopracowana w każdym możliwym szczególe. Od niezwykłych bohaterów, poprzez ich nieprawdopodobne przygody, aż do przepięknych światów tętniących przeróżnym życiem, do których trafiają. Mimo, że na pierwszy rzut oka wydaje się, że to taka zwykła opowieść dla dzieci, to jednak polecam ją zdecydowanie starszym czytelnikom. Chyba przede wszystkim ze względu na to, że czytając tę powieść można się wiele na uczyć. Nie tylko o sobie.

Dodaj komentarz