Ciemniejsza strona Greya – jeszcze więcej grafomaństwa

Z różnych dziwnych powodów, których nie ma sensu tutaj przytaczać, postanowiłam ostatnio sięgnąć raz jeszcze po książkę, która swoim pojawieniem się poruszyła całą opinię publiczną. O czym mowa? Oczywiście o drugiej części trylogii napisanej przez E.L. James. O „Ciemniejszej stronie Greya”. Jakiś czas temu zarzuciłam czytanie tych wypocin, bo trudno mi było znieść taką ilość grafomaństwa; jednej po drugiej wszystkich części razem nie sposób po prostu przeczytać. Ale do rzeczy. W końcu chcę tu zamieścić swoją opinię o tej książce. Pierwszą refleksją, która przychodzi na myśl przy czytaniu jej, jest taka, że „Ciemniejsza strona Greya” jest nieco łatwiejsza do przełknięcia niż poprzedniczka. Nie chcę przez to powiedzieć, że nagle autorka wzniosła się na wyżyny stylistyki literackiej. Wcale nie, nadal pisze tym samym beznadziejnym stylem. Różnica jest jednak taka, że akcja dzieje się o wiele szybciej. Co najlepsze kontynuacja nie przynosi większego rozwoju związku. Jest to raczej litania problemów, z którymi borykają się młodzi zakochani (ciężko mi przyszło napisać to słowo). Pojawia się więc wiele nowych postaci chcących za wszelką cenę zniszczyć ich szczęście. Co im się jednak nie udaje.

Mówiąc o problemach Any i Greya trzeba dodać, że tak samo szybko się pojawiają się i znikają. Powoduje to, że niektóre wątki kończą się zdecydowanie zbyt szybko. Ale cóż taki już urok fantazji literackiej. Mimo wszystko książka aż się prosi o to, żeby niektóre epizodyczne postaci pozostawały na scenie nieco dłużej, niż pozwala im na to autorka. Tej książki już nic uratować nie może, ale rozwinięcie np. wątku zniknięcia Christiana nieco zagmatwałoby fabułę, a to zawsze coś. Widocznie jednak James koniecznie chce nas przekonać, że młodzi żyją w świecie, gdzie wszystkie problemy znikają jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Trudno się dziwić, jeśli głównych bohater jest właścicielem wielkiej fortuny. Może i pieniądze to nie wszystko, ale czasem mogą zdziałać cuda. Skoro o pieniądzach mowa to warto by też napomknąć o czymś, co chyba można nazwać jedynie kupowaniem sobie kobiety. Bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że dziewczyna zamiast po prostu jasno i wyraźnie powiedzieć facetowi co jej się nie podoba, wciąż go przeprasza? Oczywiście mówi, że nie, wcale nie leci na jego pieniądze. Ale nie oszukujmy się, własny samochód, loty helikopterem, życie na najwyższym poziomie bez żadnych zmartwień… Kto by tak nie chciał? I jedyne co musi zrobić to ładnie wyglądać i uśmiechać się do swojego chłopaka. Który, nawiasem mówiąc, spełnia wszystkie jej życzenia.

Ogólnie rzecz biorąc, ta część jest lepsza od poprzedniczki z jeszcze jednego względu. Mianowicie takiego, że Grey daje się lubić odrobinę bardziej. I w sumie jest to jedyna postać tej serii, która w ogóle wzbudza jakie cieplejsze emocje. On jeden wydaje się być w miarę sympatycznym bohaterem, pomimo wszystkich swoich skrzywień, które swoją drogą są nieco wydumane. Przynajmniej jeśli chodzi o jego upodobania seksualne. Bo z innymi rzeczami to raczej każdy miał by problem. Po takim dzieciństwie… Chyba nikt nie wyszedłby z tego jako normalny człowiek. Zresztą całą ta historia rodem z Kopciuszka jakoś mnie nieszczególnie rusza. Jest to część, która spodobała mi się bardziej z jeszcze jednego względu: przy tej książce można się czasem uśmiać lepiej niż oglądając najlepszych komików. Wątpię, by to właśnie miała na celu twórczyni, niemniej jednak tak jej to wyszło jak wyszło i już. Poza tymi zabawnymi przerywnikami nic nowego w stosunku do pierwszej części się nie wydarza w kwestii poprawy grafomańskiego stylu.

Mówiąc o „Ciemniejszej stronie Greya” muszę wspomnieć także o tym, co według większość stanowi najlepszy element książki: o scenach erotycznych. Ja jestem w stanie zrozumieć, że czymś trzeba czytelników przyciągnąć, by zechcieli coś takiego przeczytać. Ale jeżeli już brać się za taki temat to trzeba to robić z wyczuciem i jakąś dozą dobrego smaku. Ci, którzy czytają książki nie tylko okazyjnie wiedzą, że wbrew pozorom seks to bardzo ciężki temat w literaturze. I wcale nie mówię tu o ciężarze jaki niesie ze sobą mówienie o tym wprost publicznie. O tym po prostu trzeba umieć mówić tak, by czytelnik odczuł te emocje, a nie tylko czytał suchą relację. Wypadałoby mieć w tym też jakiś umiar. Jak widać nie każdy posiada takie talenty. Skoro się ich jednak nie ma, to może nie trzeba się za to zabierać?

Podsumowując moje przemyślenia na temat tej książki powiem tylko, że mnie osobiście się ona nie podoba. Głównie dlatego, że cała jest jednym wielkim festiwalem grafomaństwa, złego gustu i braku umiaru. Jednak każdy ma swój gust i każdy ocenia ją po swojemu. Jednych zachwyci, innych odrzuci. Jeśli jednak ktoś jeszcze tego nie czytał, to nie radziłabym się zabierać do lektury. Chyba, że chce się, jak ja, pośmiać z tego, że Grey nawet o wkładaniu mięsa do lodówki mówi seksownym głosem.

Dodaj komentarz