Cień wiatru – historia zagubionego człowieka

Książkę „Cień wiatru” przeczytałam pierwszy raz około pięć lat temu. Od tamtego czasu zapomniałam o niej prawie wszystko. Oprócz ogólnego zarysu fabuły i przekonania, że bardzo mi się wtedy podobała. Ostatnio natknęłam się na nią podczas wyprawy do biblioteki i postanowiłam, że jeszcze raz przejdę się uliczkami Barcelony ścigając cień człowieka. Po przeczytaniu pierwszy kilkunastu stron zaczęłam się zastanawiać, co takiego widziałam w tej książce za pierwszym razem, że aż tak bardzo mi się spodobała? Teraz jakoś nie miałam do niej przekonania. Lecz kiedy poświęciłam jej nieco więcej czasu… Odpłynęłam i to dosłownie. Jak raz zaczęłam czytać, to nie mogłam przestać. W miarę jak rozwijała się fabuła, przybywało wątków, które uzupełniały się nawzajem stwierdziłam, że tej książce trzeba się po prostu poddać, ponieważ ona jest królową, która pragnie rządzić wszystkim co posiadamy, a przede wszystkim naszym czasem i uwagą, którą jej poświęcamy. Nie nazwałabym jej książką wybitną czy też arcydziełem stawianym na równi z klasykami literatury, jednak to taka książka, którą powinien przeczytać każdy. Jest to opowieść pełna bólu, tragiczna wręcz, a jednak w pewien sposób napawająca nas optymizmem, który każe wierzyć, że jednak żyjemy w świecie, w którym mimo wszelkiego cierpienia zdarzają się jeszcze szczęśliwe zakończenia.

Zachwycające jest przede wszystkim to, jak w miarę rozwoju akcji zmienia się niepostrzeżenie główny bohater tej powieści. Krok po kroku narrator, który prowadzi nas po Barcelonie, odchodzi na drugi plan, staje się tylko oczami i rękami historii, która traktuje o kimś innym. O autorze, który stał się niemal legendą ze względu na to, jak potoczyło się jego życie. Taka konstrukcja bohaterów jest dość specyficzna, choć tutaj jak najbardziej na miejscu. Dzięki temu powstaje coś na kształt matrioszki: w jednej opowieści kryje się następna. Jako osobne opowieści traktować też można historie opowiadane przez postaci poboczne, które mimo to grają znaczącą rolę w całej tej powieści. Dzięki temu książka staje się jeszcze ciekawsza, barwniejsza. Jest po prostu klasą samą dla siebie.

Cenię sobie tę książkę, ponieważ jej autor potrafił sprawić, że oddajemy jej się bezwzględnie. A to dlatego, że napisana jest w sposób, od którego po prostu nie sposób się uwolnić, który przyciąga jak żaden inny. Stworzył świat, po którym poruszamy się jakbyśmy byli we własnym domu. To sprawia, że książka staje się niemal czymś intymnym, co chcemy zatrzymać tylko dla siebie. W pewnym momencie sami stajemy się jak bohater tej powieści, Daniel, owładnięci chęci odkrycia tajemnicy nieszczęśliwego pisarza, drżący z niecierpliwości, byle tylko doczekać się w końcu rozwiązania wszystkich wątków. Dążący do spotkania z obiektem tak gorączkowych poszukiwań. Podoba mi się też z jeszcze jednego ważnego względu: postaci zdają się wyłaniać z kart książki jak żywe istoty. Niemalże wydaje się, że sami jesteśmy przechodniami w tym pięknym mieście, widzimy księgarnię, zakład zegarmistrza. Mijamy na ulicy Daniela i Fermina spieszących gdzieś, by znów odkrywać kolejne cząstki życia Juliana Caraksa.

Dodaj komentarz