Cristina López Barrio „Mgły Tangeru” – magia słowa pisanego

Flora Gascón prowadzi całkowicie przeciętne życie. Żyje z mężem, który nie wyróżnia się absolutnie niczym spośród innych mężczyzn. Jej praca polega na tłumaczeniu instrukcji obsługi sprzętów AGD. Jej największym problemem jest to, że mimo usilnych starań wciąż jeszcze nie zaszła w ciążę. Nawet te starania ostatnio nie są zbyt intenstywne z racji tego, że mąż woli zostawać dłużej w pracy, a po powrocie czas wolny spędzać przed telewizorem. Bliska załamania tym, że nie spełnia społecznych oczekiwań i prześladowana przez hordy ciężarnych pocieszenia szuka u swojej terapeutki na odległość. Pewnego wieczoru jednak pozwala sobie na odrobinę szaleństwa: podczas nudnego spotkania z przyjaciółkami poznaje Paula, tajemniczego nieznajomego i spędza z nim namiętną noc w hotelowym pokoju. Na pamiątkę zabiera ze sobą niezwykły wisiorek, który wypadł z portfela mężczyzny. Zapamiętuje również tytuł książki, która leżała w pokoju: „Mgły Tangeru”. Kiedy jej jednonocny kochanek nie pojawia się na kolejnym spotkaniu, posiadająca od zawsze zbyt wybujałą wyobraźnię Flora postanawia przeprowadzić śledztwo na własną rękę.

Książki pisarzy hiszpańskojęzycznych zawsze działają na mnie w sposób szczególny. Być może jest to ich zdolność do posługiwania się słowami w sposób, którego próżno szukać gdzie indziej. Nie inaczej było z „Mgłami Tangeru”. To nie postaci czy fabuła były tym, co mnie do tej powieści przekonało. Były to raczej słowa same w sobie, ich dobór, ta pełna płynności melodia, dzięki której lektura staje się czystą przyjemnością. Swoją rolę z pewnością odegrało miejsce, w którym rozgrywa się akcja powieści oraz powieści w powieści. Tanger jawi się jako miejsce wyjęte wprost z „Baśni z tysiąca i jednej nocy”. Pełne różnych kultur, współżyjących ze sobą w zgodzie na co dzień. Miasto tętniących życiem bazarów, na których sprzedaje się magię, choć zarówno czarujący jak i czarowani wiedzą doskonale, że to tylko cieszące oko oszustwo. Ta atmosfera przenika karty książki, sprawiając, że czytelnik daje się ponieść zwodzącym oko sztuczkom i płaci swoim czasem za przyjemność przeniesienia się choćby na krótki czas w tak niezwykłe i intrygujące miejsce.

Pod względem fabularnym niczym się w sumie ta powieść nie wyróżnia. Flora daje się poznać jako osoba dość naiwna, przyjmująca potrzeby innych za swoje przez co żyje w klatce, którą stworzyła sobie sama. Jej jedyną ucieczką z tej niewidzialnej wieży jest świat fikcji. Przede wszystkim fascynują ją powieści kryminalne w typie zagadek rozwiązywanych przez Holmesa czy Poirot. Wzorem swoich idoli postanawia więc dowiedzieć się ile prawdy kryje się na kartach powieści „Mgły Tangeru”, którą to czytał jej tajemniczy kochanek. Tutaj właśnie wkraca na scenę „powieść w powieści”, której treść czytelnik również ma szansę poznać. Z jakiegoś powodu przywodzi mi to na myśl powieści Zafóna i powracająca wciąż w nich obsesja na punkcie książek. Podróż śladem powieściowych charakterów prowadzi naszą przewodniczkę do współczesnego Tangeru, który jednak mocno różni się od tego z powieści. Oraz do mieszkającej tam autorki, która okazuje się być starszą i schorowaną, ale wciąż pomocną kobietą. W międzyczasie poznajemy dalsze losy bohaterów wewnętrznych „Mgieł…” oraz nieszczęśliwe zakończenie, którego łupem pada jeden z bohaterów.

To dość przewrotne, że książka, która na prawdę nie jest żadnym arcydziełem zrobiła na mnie aż tak duże wrażenie. I to wcale nie za sprawą doskonałej narracji czy wyjątkowo ciekawie zbudowanych postaci. Myślę, że „Mgły Tangeru” to powieść idealna do tego, aby zilustrować czym w rzeczy samej jest magia słowa. Flora nie jest bohaterem, którego losy chciałoby się śledzić z zapartym tchem. Powiedziałabym nawet, że momentami bywa męcząca. Powieść w powieści nie jest zupełnie nowym i nienznanym dotąd zabiegiem literackim. Także opieranie fabuły na tym, że kobieta rzuca się szukać swojego tajemniczego kochanka po spędzeniu z nim jednej nocy nie brzmi zbyt szalenie. Jeśli do tego wszystkiego dodamy jeszcze nadmierną fantazję, którą odznacza się główna bohaterka i która przedostaje się również do fabuły uzyskamy coś co można umieścić na półce z literaturą raczej mocno przeciętną. Ale jednak. Jednak jest w tej książce coś, w czym można się zakochać. I to właśnie jest owa „magia”. Coś zaklętego w samych słowach raczej, niż tym, co opisują. Spoiwo, które ze zwykłej powieści potrafi wydobyć ukryte pod powierzchnią melodie. Określiłabym tę książkę mianem „pozycja dla koneserów”. I tym właśnie ona jest. Z pewnością nie przypadnie do gustu nikomu, kto po książce oczekuje wysublimowanej fabuły i rozsądnie stworzonych bohaterów. Niemniej jednak dla wszystkich tych, którzy kochają słowa same w sobie, którzy potrafią rozkoszować się klimatem danej powieści niezależnie od jej pozostałych składników będzie to pozycja, której nie warto ominąć.

  • Fabuła
  • Kreacje postaci
  • Język
3.8

Podsumowując:

Zdecydowanie godna polecenia.

Dodaj komentarz