Cukiernia w ogrodzie – bo w życiu chodzi o to…

O czym jest ta książka?

Fay to kobieta po czterdziestce, jak określa sama siebie. Ma w miarę poukładane życie. Prowadzi w swoim domu cukiernię, opiekuje się matką, która po chorobie zdecydowała się nie wstawać więcej z łóżka. W zapanowaniu nad tym wszystkim pomaga jej Lija, młoda dziewczyna, która w pewnym momencie stała się dla niej bardziej przyjaciółką, niż pracownicą. No i oczywiście jest jeszcze Anthony, z którym Fay spotyka się już od dziesięciu lat. I wtedy w to wszystko wkracza Danny, dużo młodszy włóczęga, który rzucił całe swoje życie w City, by móc podróżować i żyć na barce. Jest dla niej nieosiągalny, jak sama sobie wmawia, lecz jednocześnie jest dla niej szansą na rozpoczęcie całkiem nowego rozdziału. W pewnym sensie los dopomaga podjąć Fay decyzję, jednak czy wykorzysta ona swoją chwilę szczęścia?

Dobrze jest przeczytać taką książkę, jak „Cukiernia w ogrodzie”. To daje nadzieję, że nie wszyscy ludzie jeszcze zwariowali na punkcie pieniędzy i ich zarabiania. Nie przeczę, są one ważną częścią naszego życia, czy jednak najważniejszą? A w tej powieści właśnie główną bohaterką jest kobieta, która pokazuje nam, jak można cieszyć się życie nawet wtedy, gdy nie jest ono idealne. Bardzo mi się podobało jej podejście, jej radość każdym dniem. Satysfakcja z tego, co robi. To było niesamowite doświadczenie, kiedy czytałam o tym, jak bardzo los jej nie oszczędzał. A mimo to, ona ciągle nosiła podniesioną wysoko głowę i cieszyła się wszystkimi drobnymi przyjemnościami. Na pierwszy rzut oka Fay, bo tak ma na imię główna bohaterka, jest zwykłą kobietą po czterdziestce. Ma uporządkowane życie, w którego centrum znajduje się matka – na własne życzenie przykuta do łóżka na stałe zgorzkniała starsza osoba, której trzeba nieustannie usługiwać. Ma partnera, z którym nie łączy jej szczególnie namiętne uczucie, jednak po 10 latach razem przyzwyczaili się do swojej obecności. Być może kiedyś on poprosi ją o rękę, a ona już do końca życia będzie musiała wysłuchiwać znienawidzonego dźwięku dzwonków. Wyobrażacie to sobie? Chyba w literaturze nie było jeszcze nudniejszej pary od tych tutaj.

A jednak Fay wbrew wszystkiemu jest zadowolona z tego stanu rzeczy. Pomimo oczywistych niedogodności, ona nigdy nie skarży się na nic głośno, prezentując świtu swój piękny uśmiech. Gdyby była prawdziwą osobą niewątpliwie podziwiałabym jej hart ducha. Wydaje się, że nic nie jest w stanie jej złamać. Nawet zmiany, które zachodzą w jej życiu. Jedne są korzystne, inne mniej. Przede wszystkim jednak pojawia się on. Lubię ten moment w książkach, kiedy na scenę wkracza przystojny mężczyzn i niby już wiadomo, jak to wszystko się potoczy, a jednak mamy ciągle ten dreszczyk niepewności. Wszystko jeszcze może się zdarzyć, przyszłość to nieodkryta karta. I wszystko byłoby wspaniale, gdyby nie różnica wieku. I matka, którą trzeba się opiekować. I Anthony, który przecież oczekuje od niej wierności w związku. I cukiernia, i klienci… I tak bez końca można mnożyć powody, dla których nasza Fay nie powinna plątać się w ten romans. Poza tym, on jest włóczęgą, wolnym duchem, który nigdzie nie potrafi zagrzać miejsca. Tak wiele ich dzieli, że prawie niemożliwym wydaje się, że relacja tych dwojga może mieć jakiekolwiek szanse na rozwinięcie się w coś poważniejszego.

Jak już wspominałam na początku, „Cukiernia w ogrodzie” to książka, która niesie w sobie nadzieję. Daje radość, a jednocześnie wnosi coś więcej do naszego życia. Nie jest kolejnym ckliwym romansem, którego przebieg znamy jeszcze zanim dotrzemy do końca pierwszej strony. To coś więcej. Rzecz o tym, że życie jest piękne i że największym błędem, jaki możemy popełnić jest zgoda na to, aby mijało nas niepostrzeżenie. Był w niej taki fragment, w którym główna bohaterka rozmawia z mężczyzną, w którym zaczyna się zakochiwać i w pewnym momencie on pyta ją, czy przeżyła w swoim życiu chwilę, w której wiedziała, że musi coś zrobić, nieważne jak szalone by się to wydawało, ponieważ to właśnie jest rzecz, która zmieni całkowicie wszystko, co do tej pory znała. Jak wielu z nas ma szansę przeżyć kiedykolwiek coś takiego? A nawet jeśli, to czy potrafimy skorzystać z tej rzuconej nam pod nogi przez sam los szansy? Mam wrażenie, że jesteśmy zbyt wygodni i zbyt tchórzliwi, by coś takiego zrobić. Ostatecznie, kto chciałby zamienić swój znany i uporządkowany świat na jedną wielką niewiadomą. Być może ja też nie zdecydowałabym się na to. Kto wie. Łatwo jest to rozważać, kiedy jest nam dobrze i snuć plany, co też byśmy nie zrobili. Plany, których nigdy nie śmielibyśmy wypowiedzieć na głos. To tylko dzieci mają w sobie tę odwagę odkrywania świata i rzucania się w nieznane, tylko po to, żeby dowiedzieć się, co zastaną po drugiej stronie. Z czasem uczymy się, że to nieodpowiedzialne, niegrzeczne, niebezpieczne. Stajemy się, jak sami siebie określamy, „ludźmi cywilizowanymi”, świadomymi niebezpieczeństw świata. I patrzymy z góry na wszelkiego rodzaju włóczęgów, których uważamy za niegodnych naszej uwagi, bo kto to widział tak się zachowywać…

Natomiast tutaj autorka mówi nam: „Ciesz się życiem!”. Skryta w niepozornej oprawie pochwała korzystania ze wszystkiego, co przyniesie los. Pod względem literackim książka może nie jest wybitnym dziełem, nie jest też zła. Raczej określiłabym ją jako neutralną. Taką, którą czyta się przyjemnie, lecz bez większych zachwytów. Jak jednak można wywnioskować z moich wcześniejszych słów, nie jest tutaj ważna forma, lecz treść. Jednocześnie bardzo podobało mi się, że autorka uniknęła nadmiernego wciskania na siłę swoich przekonań. W bardzo subtelny sposób potrafi przekazać czytelnikowi wszystko, na co tylko ma ochotę i robi to z na prawdę dużym wdziękiem. Nie jest to zdecydowanie powieść, przy lekturze której można zaśmiewać się do łez, choć nie jest pozbawiona dawki humoru. Mam wrażenie, że autorka wszystko w swojej książce robi w taki subtelny sposób. Dzięki temu właśnie czyta się tę powieść tak dobrze. Brak przejaskrawiania niektórych aspektów i megalomanii czyni z tej książki lekturę, którą przyjmuje się z wdzięcznością dla autorki, która stworzyła coś tak przyjemnego. Nawet okładka zdaje się zachęcać do przeczytania tej książki: pastelowe kolory i muffiny, na widok których nabieramy ochoty na zjedzenie czegoś dobrego. Całość dopełnia się w najmniejszych szczegółach. Polecam szczerze tę książkę, bo zdecydowanie jest tego warta.

Dodaj komentarz