Czarownica znad Kałuży – koniec świata na Mazurach

O czym jest ta książka?

Okartowo. Zapomniana przez Boga i władze świeckie miejscowość gdzieś na samym końcu świata,
który bywa nazywany Mazurami. Nieopodal wsi mieszka Czarownica znad Kałuży – stara kobieta, która w innym życiu mogłaby mieć teraz tytuł profesora medycyny. Mieszkańcy Okartowa do niej właśnie zwracają się z mniejszymi bądź większymi chorobami i urazami ciała. Niemniej jednak czas nikogo nie oszczędza i nawet Czarownica kiedyś w końcu umrzeć musi. Aby ocalić przed zapomnieniem chociaż część swojej wiedzy, zgadza się przyjąć do „terminu” młodego chłopaka, Michała. Wraz z nim w jej do tej pory uporządkowane życie wkracza odrobina chaosu i posmak przygody.

Do tej pory książki o tematyce postapokaliptycznej kojarzyły mi się głównie z serią „Metro”. Nie były to jakieś szczególnie przyjemne skojarzenia, ponieważ nie podzielam ogólnego zachwytu tymi książkami i troszeczkę też go nie rozumiem. Ale mniejsza o to. Ważne, że i nasi autorzy próbują się w różnych typach i stylach i całkiem nieźle im to wychodzi. Przykładem, bardzo chlubnym zresztą, może być właśnie „Czarownica znad Kałuży”, którą dziś chciałabym wszystkim przedstawić. Jeśli jednak ktoś spodziewa się młodego „wybrańca bogów” biegającego wszędzie z bronią i zabijającego prawdziwe i wymyślone potwory, niech lepiej zrewiduje swój pogląd bądź odłoży tę książkę z powrotem na półkę. Zdecydowanie nie jest to tego typu literatura. I bardzo dobrze, ponieważ świat przedstawiony w tej powieści jest tak doskonale skonstruowany, że w zasadzie nie potrzebuje już niczego więcej. Pomimo tego, że nie jest to klasyczne postapo, czyta się bardzo dobrze i naprawdę ciężko jest znaleźć jakiś słabszy punkt. Myślę, że to przede wszystkim ze względu na koncept, jaki autor zastosował w swojej powieści.

Dążenie ludzkości do samozagłady w końcu zostało zrealizowane. Nieomal, ponieważ niektórym udało się przeżyć i teraz ich potomkowie próbują jakoś przeżyć na wyniszczonym wojną, lecz własnym skrawku Ziemi. Jest jednak ktoś jeszcze. Ktoś, kto pamięta, jak było kiedyś. Kto przeżył okropieństwa wojny. Czarownica znad Kałuży, jak niemal wszystko w tej powieści, jest dość niepozorna. Nigdy byście nie powiedzieli, że ta sterana życiem stara kobieta żyjąca na uboczu jakieś zapomnianej wioski ma jeszcze w sobie tyle ikry. Myślę, że nawet ona sama była tym zaskoczona. Polubiłam ją jako bohaterkę ze względu na to, że jest taką twardą babką. Nie krępuje się i mówi wszystkim co o nich myśli prosto w oczy. A, wierzcie mi, czego jak czego, ale rozumu jej nie brakuje. Szanuję ją także i za jej lojalność. Być może trochę niechętną, ale jednak. Pokazała, że kiedy trzeba umie zadbać o tych, których uważa za „swoich”. Jej perypetie z księdzem, wikarym, a później również z burmistrzem Pisza, są momentami nawet zabawne. Przez większość czasu trudno jest się jednak pozbyć wrażenia, że te przepychanki są bardziej brutalne niż właściwie być powinny. Wiadomo, każdemu żyje się ciężko. Jest mało jedzenia, ludzie umierają od byle głupiej choroby, na którą kiedyś można było kupić lekarstwo w każdej aptece. Jednak powoli dochodzimy do wniosku, że to jednak nie tylko trudne warunki życia sprawiają, że ludzie są tacy a nie inni. Przynajmniej ci, którzy w jakiś sposób doszli do władzy. I tutaj własnie zaczyna się prawdziwa zabawa.

Tym, co zdecydowanie wyróżnia „Czarownicę znad Kałuży” spośród podobnych jej książek, jest ciekawa koncepcja społeczeństwa wytworzonego po wojnie. Chociaż „tworzenie” w tym wypadku zdaje się być nieodpowiednim czasownikiem. Zdecydowanie lepiej pasuje tutaj „uwstecznienie”. Bo w istocie to właśnie stało się z ludźmi po tej wojnie totalnej przedstawionej w powieści. Cywilizacja jaką znamy dzisiaj, wraz ze wszystkimi jej dobrami i zagrożeniami została po prostu zapomniana. W pewnym sensie ci ludzie cofnęli się z powrotem do czasów średniowiecza. I w tym wszystkim właśnie tkwi cały urok tej powieści. Ten kontrast pomiędzy Czarownicą (nomen omen!) a pozostałymi mieszkańcami wioski. Muszę przyznać, że bardzo mi się ten zabieg spodobał. Doceniam inwencję autora w tej kwestii. Z przyjemnością także wyłapywałam poukrywane między wierszami, a czasem całkiem na wierzchu żarty i żarciki, które czyniły lekturę „Czarownicy znad Kałuży” o tyleż przyjemniejszą. Muszę też przyznać, że w swojej opinii mogę być nieco bardziej stronnicza niż zwykle, rzadko się bowiem zdarza, aby jakaś książka rozgrywała się tak blisko miejsca, w którym spędziłam dzieciństwo. Z wielką przyjemnością również odwiedziłam Okartowo będąc na wakacjach w swoich rodzinnych stronach – stąd zamiast zwyczajowego wycinka okładki widok z mostu w Okartowie na rzeczoną Kałużę (vel jezioro Śniardwy). Czarownicy warzącej swoje tajemnicze wywary niestety nie udało mi się spotkać. 😉

1 komentarz

  1. O! Jestem podobnego zdania, choć momentami mnie nieco nudziło, a jednak będę ją miło wspominać 🙂

Dodaj komentarz