Czas żelaza – najbardziej legendarny bohater ze wszystkich

Na początku książka „Czas żelaza” niezbyt przypadła mi do gustu. Nie wiedziałam za bardzo, co o niej myśleć, bowiem była zupełnie różna od tego, czego oczekiwałam po powieści „osadzonej w epoce żelaza”. Kłóciło mi się to niezmiernie chociażby z tym, że postaci w niej posługiwały się całkiem współczesnym językiem. Chyba to w zasadzie było dla mnie najbardziej odstręczające. Ale już po pierwszych 150 stronach akcja rozkręciła się tak, że czytając tę książkę czułam się jak podczas zjeżdżania z górki na sankach. Szybko, coraz szybciej, byle tylko dowiedzieć się już co będzie dalej. Mimo tego, że książka jest na prawdę obszerna, by nie powiedzieć potężna nie miałam wrażenia, że jest pisana na siłę i gdy zobaczyłam słowa „koniec tomu pierwszego” było mi smutno, że muszę rozstać się z tak ciekawymi i nietuzinkowymi postaciami, jak te tutaj. Drugiej i trzeciej części nie przegapię na pewno i mam nadzieję, że ukarzą się jak najszybciej.

Postaci, o czym wspomniałam już wcześniej, to zdecydowanie ten element powieści, na który trzeba zwrócić baczną uwagę. To właściwie dzięki nim dostajemy do rąk tak ciekawą książkę. Autor wyniósł sztukę tworzenia osobowości w książce do takiego poziomu, że wydaje nam się dosłownie, że za chwilę spotkamy tych ludzi, wystarczy tylko zawołać ich po imieniu. Każda z głównych postaci jest nietypowa, każda ma swoje dobre i złe strony. W zasadzie nie można o nikim powiedzieć, że jest idealnie dobry, czy ostatecznie zły. I to jest właśnie bardzo fajne i bardzo dobrze oddaje całego ducha tej książki. Pisarz w taki sposób meandruje fabułą, że nawet w chwilach bezruchu czuje się ciągłą akcję, coś się dzieje, a zwykłe łowienie ryb to okazja do zacieśniania więzi i prowadzenia poważnych rozmów, które zmieniają ludzie życie. Powiem szczerze, że wciągnęłam się w tę książkę do tego stopnia, że zaczęłam się smucić i wściekać razem z bohaterami, niejako w reakcji na to, co działo się w książce.

Wbrew pozorom (znów!) nie jet to książka z gatunku przeznaczonego tylko i wyłącznie dla mężczyzn. Oprócz opisów bitew czy potyczek, znajdziemy tu także romans, ale i bardziej delikatną relację pomiędzy dwójką bohaterów, po których w zasadzie najmniej byśmy się tego spodziewali w takiej książce. Ta powieść jest tak pełna niespodzianek i zaskakujących zwrotów akcji, że można by tym obdzielić kilka produkcji o Jamesie Bondzie. Bardzo mi się to podobało, ponieważ czytanie skonstruowanej w ten sposób książki to czysta przyjemność. Miałam także okazję przeczytać na końcu książki wywiad z autorem, w którym pada między innymi pytanie o to, dlaczego ludzie w powieści posługują się tak współczesnym językiem, o czym wspominałam na samym początku recenzji. Odpowiedź autora wyjaśniła wszystko, powiedział on bowiem, że nawet jeśli ci ludzie żyli tak dawno temu, to dlaczego mielibyśmy ich traktować inaczej? I w tym momencie przypomniała mi się książka „W komnatach Wolf Hall”. Książka sama w sobie jest świetna i podbiła moje serce, niemniej jednak przedzieranie się przez ten język to katorga. Zdecydowanie popieram więc w tym względzie Angusa Watsona i z niecierpliwością czekam na kolejne części tej trylogii, która tak dobrze się rozpoczęła.

Dodaj komentarz