Dom jedwabny – o tym nie mówi się głośno

Słyszeliście kiedyś o kontynuacji trylogii „Władca pierścieni” Tolkiena? To pytanie wstępne wzięło się stąd, że książka, o której chcę dziś opowiedzieć jest właśnie czymś w tym stylu: opowieścią o postaciach, które znamy i lubimy, lecz które powołał do życia zupełnie inny autor niż ten, którego książkę właśnie trzymamy w rękach. I taki właśnie jest „Dom jedwabny” – napisał go współczesny nam pisarz, lecz opowiedział historię postaci, którą znają chyba wszyscy, czyli Sherlocka Holmesa. I o ile nie przeczytałam (jeszcze!) kontynuacji trylogii i nie mam najmniejszego pojęcia, jak się ten inny autor spisał, to muszę przyznać, że „Dom jedwabny” w niczym nie ustępuje dziełom Artura Conana Doyle’a. Choć nie od razu, ale zacznijmy od początku.

Żona Johna Watsona, kronikarza i nieodłącznego towarzysza Sherlocka, wyjeżdża na jakiś czas, by zaopiekować się swym niedawnym wychowankiem. Właśnie temu słynny detektyw zawdzięcza odwiedziny przyjaciela w mieszkaniu na Baker Street. Miała to być jedynie wizyta towarzyska i nic, nawet gdy po pomoc zgłosił się do nich pewien marszand z Wimbledonu, nie wskazywało na to, by było inaczej. Już niedługo jednak sprawa tajemniczego włamywacza, który zachowywał się dość dziwnie, okazała się być aferą sięgającą znacznie dalej, niż ktokolwiek mógłby przypuszczać. Podejrzany włamywacz zostaje znaleziony martwy w pokoju, który wynajmował w dość obskurnym pensjonacie. Do odnalezienia go i przypilnowania Sherlock „wynajął” grupę dzieciaków z ulicy. Jednym z tych, którzy pomogli w tej sprawie był Ross Dixon, któremu wkrótce zaczyna grozi poważne niebezpieczeństwo. Kiedy jednak Holmes i Watson odnajdują chłopaka jest on już martwy: ktoś w bardzo brutalny i okrutny sposób przedłużył jego konanie tak bardzo, jak tylko to było możliwe. A na jego nadgarstku policja znalazła białą wstążkę wykonaną z najlepszego gatunku jedwabiu. Kto mógł być aż takim zwyrodnialcem, żeby torturować niewinne dziecko? Odpowiedź jest nader prosta: jeden z ludzi należących do organizacji zwącej się Dom Jedwabny? Czym on jest? Gdzie się znajduje? Co się w nim dzieje? Te i wiele innych pytań lepiej zatrzymać dala siebie, bowiem zbytnie rozgrzebywanie tej sprawy może doprowadzić do nieprzyjemnych konsekwencji. Zamieszani są w to bowiem ludzie z najwyższych sfer i kręgów władzy, którzy nie pozwolą ot tak zniszczyć sobie życia, kariery i reputacji. O nie, oni są na to zbyt silni i wpływowi, tak więc, Sherlocku Holmesie, bądź uważny, aby nie okazało się, że to ostatnia zagadka w twoim życiu. I pierwsza, której nie rozwiążesz…

Powiem szczerze, że „Dom jedwabny” to bardzo dobra książka, lecz nie od razu zachwyca. Te pierwsze strony, przynajmniej jak dla mnie, ciągną się nieco jak flaki z olejem; dopiero później, kiedy rozwiązywanie zagadki nabiera tempa, ujawniają się wszystkie skrywane dotąd talenty pisarskie autora. Co do klimatu Sherlocka Holmesa, to najbardziej zagorzałym fanom odradzam nastawianie się na dokładną kopię Doyle’a. Może to i dobrze, bo dzięki temu książka nabiera swojego specyficznego „smaczku” i nie jest po prostu powieleniem czyjegoś dorobku, lecz dziełem jedynie zachodzącym na niego. Jest to książka całkowicie odrębna pod względem stylu pisania. Ogniwem łączącym ją z innymi opowiadaniami są postacie głównych bohaterów i niektóre wydarzenia, wspominane przez detektywistycznego kronikarza. „Dom jedwabny” czyta się z na prawdę wielką przyjemnością. Myślę, że jako opowieść o najmroczniejszej zagadce w dorobku Sherlocka Holmesa idealnie wpisuje się w kanon dzisiejszej lektury. Takie sprawy nie są już dla nas aż tak szokujące, jak w tamtych czasach, do których przenosi nas autor. I to może jest powodem, że choć raz wiemy (albo domyślamy się) wcześniej niż Sherlock jakie jest rozwiązanie tej makabrycznej zagadki.

Dodaj komentarz