Dziewczyna z sąsiedztwa – przyzwolenie na zło

O czym jest ta książka?

Małe miasteczko gdzież pomiędzy bezdrożami Północnej Ameryki. Ślepa uliczka, domy jakich wiele w każdym innym miejscu na Ziemi. I ludzie. Wszędzie ci sami, czasem lepsi, czasem gorsi. W każdym razie jednak wszyscy tak samo przeciętni. Przynajmniej tak nam się wydaje, kiedy patrzymy na to z zewnątrz. Uważniejsze zerknięcie w głąb może nam ujawnić sekrety, od których najchętniej ucieklibyśmy z krzykiem.

Nie jestem pewna, czy nazywanie książki „Dziewczyna z sąsiedztwa” horrorem ma sens. Chyba, że w kontekście określenia tych słowem wydarzeń, jakie stały się impulsem do napisania tej powieści. Każdy, kto choć raz zetknął się z „Dziewczyną z sąsiedztwa” ma świadomość, że przedstawiona w niej opowieść nie do końca jest tylko i wyłącznie wymysłem autora. Sprawia ona, że lektura staje się jeszcze bardziej makabryczna i przerażająca. A z drugiej strony jakoś nas ona nie powstrzymuje przed kontynuacją. Niemniej osoby o słabszej psychice zdecydowanie nie powinny nawet przechodzić obok tej książki. Coś może z niej wyjść i ugryźć za zbytnią ciekawość. Na pewno nie jest to tekst, który czyta się łatwo, znając jego genezę czy nie. Zło zawsze wzbudza w nas silne emocje, jednak kiedy jest wymierzone przeciwko niewinnym, dzieciom, które nawet nie mogą się przed nim bronić. Cóż, wtedy to zupełnie inna historia. Niby nic nie jesteśmy w stanie zrobić, nic zmienić, ale ten protest przeciwko rażącej niesprawiedliwości i tak domaga się gwałtownej i głośnej manifestacji. Potwierdzenia, że my nie jesteśmy tacy. Bez serca. Po prostu i do końca źli.

Wszystko zaczyna się dosyć niewinnie. Najpierw zostajemy zapoznani z naszym głównym bohaterem Davidem, który jest świadkiem i pewnym sensie także uczestnikiem opowiadanych przez siebie wydarzeń. To dzięki niemu poznajemy mieszkającą po sąsiedzku Ruth i jej trzech chłopców. A także inne mieszkające na tej samej ulicy dzieciaki, które, jak wszystkie inne, lgną do podobnych sobie wiekiem. Szczególnie w wakacje. Czas, kiedy wolno więcej, więcej zabaw, więcej swobody, więcej czasu wolnego. Także z Meg zapoznajemy się za pośrednictwem Davida. Widzimy ją tak, jak wyglądała w jego oczach. Najładniejsza i najfajniejsza dziewczyna, jaką do tej pory miał okazję poznać. Choć starsza o dwa lata, nie zadzierała nosa i nie traktowała go jak smarkacza. Niepodobna do żadnej z jego koleżanek. Ideał. A co lepsze, okazało się, że ten ideał zamieszkał tuż za płotem. Rodzina Chandlerów powiększyła się o dwie dodatkowe osóbki, Meg i jej młodszą siostrę Susan. I to właśnie jest początek opowieści, której koniec mógł być tylko coraz gorszy, bez nadziei na jakąkolwiek poprawę.

Autor zastosował w swojej książce bardzo sprytny zabieg. Mianowicie opowiada całą historię oczami Davida. Lecz nie tego mającego lat naście i biorącego właśnie udział we wszystkim co działo się w domu obok. David, którego poznajemy ma już lat kilkadziesiąt i to jego wspomnienia z tamtego okresu stanowią rdzeń opowieści. To bardzo ważne, bo w najbardziej drastycznym momencie po prostu odmawia Czytelnikowi opowiedzenia tego, co wtedy zobaczył. W chwili, kiedy jego wspomnienia są zbyt drastyczne, po prostu je omija, a ten kto chce wysłuchać jego niemej opowieści z pewnością dopowie sobie resztę. Z jednej strony dzięki temu otrzymujemy niesamowicie napiętą atmosferę, duszą, pełną niedopowiedzeń i dwuznaczności. Z drugiej zaś strony… Autor sam przyznaje, że wolał pewnych rzeczy nie opisywać wprost, stąd taka a nie inna forma narracji. Ja się z nim w zupełności zgadzam. I uważam, że pomimo tego, jak makabryczna jest to książka, powinno się ją przeczytać. Tak jak „Władcę much”, jak podobne do niej książki. Żeby przejrzeć się w lustrze ludzkiego szaleństwa i szczerze odpowiedzieć sobie na pytanie, czy ja też byłbym do tego zdolny?

Dodaj komentarz