Film „Photon” Normana Leto

Tak, to nie błąd – dziś nie o książce, lecz o filmie „Photon” Normana Leto, który próbuje ująć cały wszechświat od początku, przez teraźniejszość, aż po koniec. Po pokazach przedpremierowych pojawiają się już pierwsze bardzo pozytywne recenzje i postanowiliśmy dołączyć do nich z trochę bardziej wyważoną oceną. Liczba mnoga również jest celowa, ponieważ byliśmy i zrecenzujemy ten film w dwie osoby, jako że naukowo świetnie pasujemy do tematyki zdecydowanej większości filmu (autorka bloga – chemik, gościnnie jej narzeczony – biolog).

Ogólnie

Justyna, chemik: Chciałabym zacząć od tego, że postrzegam ten film w dwojaki sposób. Rozpatrując go przez pryzmat dzieła sztuki muszę przyznać, że jest to coś na prawdę wybitnego. Jeśli jednak chodzi o aspekt bardziej naukowy – niestety aż tak dobrze nie jest. Doceniam to, ile wysiłku włożył autor w zebranie tych wszystkich informacji, niemniej jednak mam także świadomość tego, że a tak krótkim czasie nie da się dogłębnie poznać nawet jednej z poruszonych przez niego dziedzin nauki. Stąd też drobne niedociągnięcia, jakie bez trudu można wyłapać oglądając wnikliwie ten film. Wiąże się to również z koniecznością pominięcia niektórych kwestii, być może nawet ciekawszych dla przeciętnego widza, niż te, które zostały ukazane w filmie.

Rafał, biolog: Pod kątem obrazu i dźwięku jest to po prostu arcydzieło. W świecie podobnych tematycznie filmów nie da się znaleźć czegoś równie dobrze animowanego, równie dobrze zwizualizowanego. Photon nie tylko zjada na śniadanie słynny remake serii Cosmos z 2014, nad którym pracował cały sztab grafików, ale odstawia w tyle nawet The Inner Life of Cell. Wspaniała animacja mitozy dalej siedzi mi w głowie, chciałbym ją i wiele innych wykorzystać kiedyś dydaktycznie. Natomiast nie chciałbym tutaj zagłaskać autora (tak jak do tej pory robią to inne recenzje), ponieważ moim zdaniem merytorycznie film odstaje od warstwy graficzno-dźwiękowej. Widać samodzielną próbę zgłębienia nauki na poziomie raczej gimnazjalno-licealnym. Z pewnością taki był (częściowo) zamiar, by to była również osobista podróż po aktualnym stanie wiedzy naukowej, jednak efektem tego jest ślizganie się tuż nad naprawdę fascynującymi aspektami rzeczywistości, tak jak robią to gimnazjaliści i licealiści na lekcjach. Myślę, że większość osób w ogóle nie pamięta lekcji fizyki, chemii, biologii z gimnazjum i liceum – ponieważ nie ma co ukrywać, w większości były nudne, nawet dla osób szukających przyszłości w karierze naukowej. I przez to podobnie jest merytorycznie z tym filmem! Momentami nudzi. Dla mnie bywało to szczególne, irytujące znudzenie, gdy wiem że wystarczyłoby powiedzieć jedno zdanie więcej w towarzystwie jednej animacji więcej, by połowie widzów opadły szczęki z wrażenia (a zamiast tego niektórzy obok ziewali). Rozumiem jednak, że dojście do clue aspektów naukowych po prostu zajmuje czas, którego tu w przygotowaniach zabrakło. Być może jednak warto było sięgnąć po specjalistów? Notabene autor filmu w wywiadzie mówi raczej o poziomie pomiędzy końcem ścisłego liceum, a pierwszym rokiem studiów. Niestety udało się to tylko na początku w opowieści o powstaniu wszechświata. Dalej, później przedstawiana wiedza nie wykracza poza podręczniki właśnie likwidowanych gimnazjów.

Początek wszechświata, gwiazd i Ziemi

Justyna: Pierwsze co przychodzi mi na myśl w związku z tą częścią filmu to przedstawienie przez autora pojęcia przestrzeni. Choć miała to być jedynie prosta „rozgrzewka umysłu”, wyszło mu to idealnie. Na przykładzie prostego punktu, jego istnienia/braku w danym miejscu i sposobu przemieszczania objaśnił coś w czym żyjemy na co dzień. Dopiero po tym wyjaśnieniu film przechodzi do przybliżania widzowi procesu powstawania Wszechświata. Krok po kroku, poczynając od oddzielenia fal grawitacyjnych, autor filmu prowadzi nas przez czas i przestrzeń. Mamy więc okazję przyjrzeć się powstawaniu poszczególnych cząstek, jak kwarki, bozony Higgsa czy fotony. Mozolnie z tego wielkiego chaosu zaczyna się wyłaniać jakieś uporządkowanie, zmieniają się warunki fizyko-chemiczne otoczenia. Dowiadujemy się w jaki sposób zaczęło tworzyć się coś, co dziś nazywamy atomem i jak w zasadzie taki twór wygląda. Nareszcie jesteśmy świadkami powstania pierwszych gwiazd, a także tworzenia się planety, która w przyszłości stanie się domem dla tak ogromnej ilości zróżnicowanych form życia. Jako widz byłam zachwycona wykonaniem obrazu, jaki miałam okazję oglądać. Przepiękne animacje oraz zdjęcia z teleskopu Hubble’a muszą zrobić wrażenie na całkowitym laiku. Jednak jeśli chodzi o kwestie naukowe, to muszę przyznać, że autor popełnił kilka błędów, których jako chemik nie mogłam nie wychwycić (chociażby przedstawienie atomu jako połączenia protonu i elektronu – jest to właściwe jedynie w przypadku atomu wodoru). To właśnie one przede wszystkim zadecydowały o moim częściowym rozczarowaniu tym filmem.

Rafał: Początek filmu widziałem już sporo wcześniej na Vimeo, i dzięki tym pierwszym 10 minutom zakochałem się w pomyśle szukania przedpremierowego pokazu Photona. We właściwej produkcji początek był sporo bardziej dopracowany, potem jednak zaczęły się wkradać dziury w chronologii, na przykład w kwestii poszczególnych oddziaływań podstawowych. Ogólnie zarówno tutaj jak szczególnie w późniejszych momentach mógłbym wymienić sporo niegrających szczegółów, od tak prostych jak nazwanie mgławic „nebulami”, po tak błędne i zaawansowane jak zupełnie przekręcona sekwencja zdarzeń po wniknięciu plemnika do komórki jajowej – ale biorę oczywiście poprawkę na ograniczony czas przygotowań autora. Zamiast tego typu szczegółów, na szerszym poziomie brakło konsekwencji w storytellingu. Zaczęte opowieści były ucinane, często zaraz przed fascynującymi konkluzjami i pozostawiały widza znudzonego. Chociażby opowieść o cięższych atomach powstających w gwiazdach, która nagle została urwana, zamiast dotrzeć do fascynującej konkluzji, że większość atomów składających się na Ziemię, życie i nas samych powstała właśnie w kuźni nabrzmiałych, wybuchających gwiazd.

Życie na Ziemi

Justyna: Ta część filmu miała zadatki na bycie najciekawszą podczas całego seansu. Ostatecznie odpowiedź na to, skąd i w jaki sposób w ogóle wzięło się życie na naszej planecie to do dzisiejszego dnia kwestia sporna. Zarówno w środowisku naukowym, jak i wśród ludzi z nim nie związanych. I niestety tutaj znów powtarza się to samo – pomysł i wykonanie na najwyższym poziomie, natomiast w mniejszych i większych szczegółach wychodzi brak przygotowania merytorycznego. Chciałabym tu wspomnieć przede wszystkim o kwestii powielania się związków chemicznych jakimi są kwasy tłuszczowe. Dla mnie takie stwierdzenie jest po prostu nie do przyjęcia, jak zresztą powinno być dla każdego, kto ma choćby niewielkie pojęcie na temat praw rządzących chemią. Mam tylko nadzieję, że był to, dość niefortunny co prawda, skrót myślowy, a nie po prostu błąd. Dość trudno mi oceniać resztę ze względu na to, że poruszone tutaj kwestie są bardziej biologiczne niż chemiczne. Jednak nawet ja zauważyłam ewidentny brak pewnych elementów czy choćby dość brutalny przeskok od pojedynczych komórek od razu do całych organizmów. Nie mówiąc już o tym, że autor w zasadzie całkowicie pominął czasy dinozaurów – a i tutaj udało mu się popełnić błąd w przedstawieniu chronologii wydarzeń.

Rafał: Też obiecywałem sobie sporo po opowieści o życiu. Początek uraczył świetnymi animacjami referującymi jedną z hipotez wyjaśniających powstanie życia, znów w postaci niedopowiedzianej historii (bo tu zdecydowanie najbardziej fascynujące i zastanawiające są samoreplikujące się RNA, podczas gdy Photon skupił się głównie na błonach komórkowych i oddzieleniu od środowiska). Później… później w sumie był mały chaos z wybiórczymi obrazami z różnych, nie do końca chronologicznych dziejów Ziemi. Zabolał mnie zoocentryzm, brak jakiegokolwiek zaznaczenia ogromnej przecież roli pierwszych zdobywców lądu: roślin. W sumie historia życia na Ziemi nie pozostawia widzowi czegokolwiek w pamięci, po prostu kilka urywków, które już widział w setkach filmów przyrodniczych i w gimnazjalnych podręcznikach. Szkoda, potencjał był ogromny, w końcu to tutaj można opowiedzieć o ewolucji – jednym z najbardziej spektakularnych gmachów rzeczywistości, od którego poznania właściwie rozpoczęły się nauki biologiczne. Rozumiem brak, jasne jest że trudno dogłębnie zrozumieć ewolucję w kilka tygodni/miesięcy przygotowań jakie pozostały na ten fragment wiedzy naukowej o świecie. Można było sięgnąć ze scenariuszem do specjalisty, jednak być może zamysł filmu był bardziej osobisty. Z popularnonaukowego punktu widzenia szkoda, z artystycznego niekoniecznie.

Teraźniejszość, mózg, płód

Justyna: Od ogółu, czyli powstania Wszechświata i życia jako takiego, przechodzimy tutaj do szczegółu. Za pomocą animacji autor przedstawia poszczególne etapy powstawania nowego człowieka. Od momentu poczęcia, poprzez podziały komórkowe i kształtowanie się dziecka w ciele matki, aż po sam moment porodu. Dość pokrętnie, przy okazji omawiania tego tematu, poruszona zostaje również kwestia kształtowania się norm społecznych, prawa i religii. Choć na pierwszy rzut oka wydaje się to nielogiczne, po pewnym zastanowieniu trzeba przyznać, że jest w tym sens. Ostatecznie to właśnie tworzenie szeroko pojętej kultury sprawia, że jesteśmy czymś więcej niż tylko idealnie zaprogramowanym mechanizmem, którego głównym zadaniem jest przetrwać i przedłużyć gatunek za wszelką cenę. Dlatego też po omówieniu powstania kultury i procesu rozmnażania człowieka, przechodzimy do poznania ludzkiego mózgu. Choć użycie tutaj słowa „poznanie” jest nieco na wyrost. Autor przedstawia to w sposób bardzo fragmentaryczny, a szkoda, bo mógł zrobić tego coś, co byłoby w stanie zaabsorbować widzów o wiele bardziej. Jako chemik nie mogę też wybaczyć kardynalnego wręcz błędu nazwania jonów atomami podczas omawiania procesu przesyłania impulsów w mózgu.

Rafał: Przedstawienie teraźniejszości w tym filmie to chyba kontynuacja narastającego chaosu. Tutaj już dostajemy w zasadzie losowe wątki, raz religia, raz choroba Parkinsona, raz poród, raz wydalanie… Nie wiem czy entropia chaosu w funkcji czasu była zamierzona, raczej wygląda jak typowe dla pracy twórczej zjawisko gdzie pierwsze etapy utworu są wypieszczone, a im dalej tym większy pośpiech i większe zaniedbania. Tym nie mniej popularyzatorsko i przede wszystkim wizualnie bardzo szanuję cały film, a tą część w szczególności za wizualizacje komunikacji między neuronami (najlepsze jakie widziałem w życiu, a widziałem ich sporo) i bardzo żywą animację porodu. Z kolei mocno zawiodłem się na przedstawieniu rozwoju embrionu i płodu, to jeden z najbardziej fascynujących procesów we wszechświecie, a tutaj w zasadzie pojawiły się tylko niedokładne biologicznie kalki z paru innych filmów przedstawiających rozwój płodu. Ale to raczej tylko kwestia wygórowanych oczekiwań, jakie wykreowały poprzednie wizualizacje – dla laika czy w ogóle dla osób, które o embriologii nigdy nie słyszały (czyli chyba dla targetu tego filmu?) były pewnie też zachwycające.

Przyszłość

Justyna: Nie chciałabym żyć w takiej przyszłości.

Rafał: Paradoksalnie część o przyszłości jest już lekko nieaktualna. Rozszerzenie internetu najpierw na internet of things, a później na internet of beings jest od paru lat już passe :). Ostatnie trendy raczej jasno wskazują na ogromny rozwój w kierunku AI, Machine Learningu i robotyzacji nawet tak ludzkich dziedzin jak dziennikarstwo (vide bot Huffington Post, który w ostatnim roku przygotował blisko 500 artykułów). Tego mocno zabrakło. Przynajmniej początkowy etap filmowej futurystyki stawia wręcz na poszerzenie obecności ludzi, na przeniesienie ich mózgów do komputerów. Dzisiaj wiemy, że raczej nie potrzeba naszych mózgów w komputerach, bo te stricte sztuczne radzą sobie znacznie lepiej niż nasze, obciążone wieloma wadami. Ale oczywiście rozumiem, że to jest najbardziej osobista część filmu, własne przewidywania, więc to tylko mała dygresja.

Wywiad z biologiem molekularnym i koniec wszechświata

Justyna: Idąc na przedpremierowy pokaz Photonu miałam nadzieję obejrzeć film na wysokim poziomie, zarówno artystycznym, jak i naukowym. Niestety, muszę powiedzieć, że pomimo zachwytu stroną wizualną dzieła, poczułam się rozczarowana, a miejscami również zażenowana poziomem merytorycznym. Nawet biorąc poprawkę na krótki czas przygotowań, co oboje podkreślaliśmy wiele razy, uważam, że można i trzeba było ten film zrobić lepiej. Wystarczyło choćby sięgnąć po wiedzę ekspertów z danej dziedziny (nie przekonuje mnie lista osób wymienionych na początku filmu, które miały pomagać przy jego tworzeniu – nie podano tytułu naukowego żadnej z nich). Momentami byłam także znudzona ze względu na poruszanie dość nieciekawych, przynajmniej jak dla mnie, kwestii oraz urywanie narracji w najciekawszym miejscu. Najbardziej ogólnie mogę o tym filmie powiedzieć, że zachwycił mnie wizualnie, lecz naukowo bardzo rozczarował.

Rafał: Animacyjne arcydzieło, któremu zabrakło kogoś z głębszym spojrzeniem.

Dodaj komentarz