Foodie w wielkim mieście – mieć czy być?

O czym jest ta książka?

Tia Monroe przyjeżdża ze swoim chłopakiem, Eliottem, do Nowego Jorku, by uczyć się u boku swojej największej idolki i studiować. Niestety, wszystkie jej plany zostają wywrócone do góry nogami z powodu dość podejrzanego przydziału na praktyki do restauracji, do której nawet nie planowała składać podania. Jednak spotkanie z krytykiem kulinarnym Michaelem Saltzem daje jej nadzieję na to, że wszystko się jakoś ułoży. Chwilowo jednak ta znajomość zmusza ją do trzymania wszystkiego w tajemnicy, a podwójne życie zaczyna ciążyć coraz bardziej. Czy jednak znajdzie się jeszcze jakieś sensowne wyjście z tej sytuacji?

Książek o robieniu kariery i spełnianiu marzeń w Nowym Jorku powstało wiele. „Foodie w wielkim mieście” jest jednak wyjątkowa. Dlaczego? Chyba przede wszystkim dlatego, że zrywa z konwenansem pracy w wielkiej korporacji i zarabiania milionów monet. Dlatego, że stara się pokazać coś więcej niż tylko dążenie do celu po trupach. Dlatego, że bohaterka tej książki zdecydowanie nie jest typową mieszkanką Wielkiego Jabłka. Nie jest ani trochę przebojowa, zdecydowanie nie zna się na najnowszych trendach mody, przynajmniej tych dotyczących ubrań. Za to kocha jedzenie. Tak bardzo, że jest gotowa zrobić wszystko, byleby tylko móc pracować u boku swojej ulubionej blogerki i autorki książek kucharskich. Jest w niej coś uroczo nieporadnego, co czytelnika zachęca do kibicowania jej w zmaganiach z wielkim światem. Bo to jest na prawdę miła odmiana, kiedy zamiast wyidealizowanych bohaterek, którym udaje się wszystko na każdym kroku, a przy tym olśniewają urodą, zbudowaną na odpowiednio dobranym makijażu i stroju, czytamy o kimś zwyczajnym. Kto prowadzi nie do końca zwyczajne życie, a jego problemy bywają dość egzotyczne. Pomimo to jednak nadal jest nam do niej znacznie bliżej.

Pod pewnymi względami książka jest może nieco zbyt przewidywalna. Nie traktuję jednak tego jako jakiegoś wielkiego minusa. Powiedziałabym wręcz, że dodaje jej to uroku. Poza tym książka pod względem literackim jest napisana na prawdę dobrze, więc się tego nie odczuwa aż tak mocno. Powieść jest na prawdę przyjemna, czyta się ją łatwo i lekko. Nowojorskie przygody uwielbiającej dobre jedzenie dziewczyny w pewien sposób jednocześnie bawią i skłaniają do refleksji. Wyraźnie widać tutaj, że autorka chciała nie tylko napisać prostą książkę o życiu w wielkim mieście. W pewnym sensie zmusza czytelnika do zastanowienia się nad tym, co tak na prawdę w życiu się liczy i co powinno być w nim priorytetem. Perypetie sercowe i zawodowe bohaterki odzwierciedlają to właśnie jakże bardzo życiowe pytanie, które stało się leitmotivem dzisiejszej recenzji – mieć czy być? I fajnie, że powstają takie książki. Im ich więcej tym, moim zdaniem, lepiej.

Ogólnie książka jest dobra. Może nie wyróżnia się jakoś szczególnie stopniem skomplikowania fabuły czy kunsztownie zbudowanymi postaciami. Niemniej jednak jest to literatura na poziomie dość wysokim, który z pewnością spełni oczekiwania większości czytelników. Tak, jak już wspominałam wyżej, to książka która jest z jednej strony schematyczna z tą chodzącą naiwnością w postaci głównej bohaterki, a z drugiej jest zaskakująca z powodu tych rozważań na temat życiowych wyborów. Powieść ta jest idealna, by oderwać się od codziennych swoich problemów i na chwilę wejść w świat nowojorskiego blichtru i skrywania się za parawanem mody, bycia w najpopularniejszych miejscach i pozowania na okładki topowych magazynów. Jest tutaj po trochu wszystkiego, co sprawia, że lektura jest interesująca i przyciągająca uwagę czytelnika.

Dodaj komentarz