Głód dotyku – ciemne oblicze mocy

Powstało już wiele książek z pod znaku fantasy. Jedne wciągają nas mniej, inne bardziej. Jednak „Głód dotyku”, pierwsza część cyklu „Wskrzeszenie magii”, to książka jakiej jeszcze w tym temacie nie było. Choć z początku można odnieść niejasne wrażenie, że skądś już znamy naukę w akademii czarów, lecz później okazuje się, że nie ma dwóch bardziej różnych książek niż „Głód dotyku” i którykolwiek tom z cyklu o słynnym Harrym Potterze. Tutaj autorka wykreowała swój własny, niepowtarzalny świat, do którego nikt z nas nie chciałby trafić.

Bohaterów książki „Głód dotyku” jest tak w gruncie rzeczy aż dwoje. To właśnie jest najbardziej zaskakujące, oczywiście w pozytywnym sensie. Mieszają się tutaj bowiem dwa światy: jeden, w którym poznajemy Sadimę, Franklina i Somissa oraz drugi, w którym poznajemy Halpa… Franklina i Somissa. Tych drugich jednakże z nieco innej strony. Sadima żyje w bliżej nieokreślonej przeszłości. W czasach, gdy magia była zakazana, a ludzie – skazani na łaskę i niełaskę oszustów. Dziewczyna nie ma łatwego życia, ponieważ, na jej nieszczęście, urodziła się w dość dziwnych okolicznościach. Jej narodzinom towarzyszyła czarownica, więc ojciec nie chce mieć z nią nic wspólnego. Z tego powodu młoda dziewczyna postanawia opuścić rodzinny dom i nieprzychylnego rodzica, wyrusza więc w podróż. Niedługo w jej życiu pojawiają się dwaj mężczyźni, wspomniani wcześniej Franklin i Somiss. To oni, a Sadima wraz z nimi, próbują przywrócić światu magię.

Halp natomiast żyje długi długi czas po tym, gdy dzieje się historia Sadimy. Jak synowie innych kupców, tak i on trafia do akademii na naukę magii. Tam poznaje, oprócz znajomych Sadimy, Gerrarda – biednego chłopca, którego obecność w tym miejscu nie jest oczywista ani też w jakikolwiek sposób objaśniona. Niemniej akademia jawi się jako straszne miejsce. Oczywiście nikt tam nikogo nie zabija, lecz warunku, w jakich żyją uczniowie, są przerażające. Chodzą głodni i brudni. Zastraszeni. Cena, jaką płacą za to, by móc władać mocą jest ogromna: z dziesięciu kandydatów, którzy wpuszczani są w progi szkoły, na koniec pozostaje tylko jeden. Co się dzieje z pozostałymi? Nie wiadomo. Jasne jest tylko to, że żaden z nich nie wraca już nigdy do domu. Akademia nie napawa także optymizmem z tego względu, że normą jest tam śmierć. Tak, śmierć. Jeśli bowiem nie potrafisz wyczarować sobie jedzenia – nie jesz. Koniec. Nie ma litości. I w takich właśnie warunkach, w atmosferze strachu i tajemnicy, żyją uczniowie Franklina i Somissa. Halp nic nie wspomina o Sadimie, nie wiadomo też jak to możliwe, że para czarowników żyje tak długo…

Książka „Głód dotyku” została chyba niedoceniona. Jej ‚wkroczenie’ na polski rynek przeszło bez najmniejszego echa. A szkoda, ponieważ jest to książka, mroczna i przerażająca, lecz mocna i świetnie napisana. Koncepcja dwóch poziomów narracji, połączenia dwóch światów, sprawdza się tutaj doskonale. Przeskakiwanie z jednego do drugiego i z powrotem nie jest wcale nużące. Wręcz przeciwnie – jedynie nadaje książce tempa. Poza tym, jest ona dopracowana pod względem językowym i stylistycznym na takim poziomie, że czyta się ją z wielką przyjemnością. Wszystko to składa się na naprawdę niezwykłe dzieło, które warto choć raz przeczytać. Chociażby po to, by zobaczyć, że magia nie zawsze jest dobra i piękna i doniosła. A świat fantasy nie zawsze jest światem, do którego chcielibyśmy trafić. Czasem okazuje się, że nasza nudna rzeczywistość jest o wiele bardziej bezpieczna.

Polecam, bo warto. A zakupić można tutaj.

Dodaj komentarz