Jakie czasy, takie heroiny…

Odwiedziny w mojej prywatnej mekce, czyli księgarni, powinny być przyjemnością, jednak dzisiejsza wizyta bardziej mnie przeraziła niż ucieszyła… Już raz pisałam co myślę o twórczości niejakiej pani L.J. James. Tym razem jednak chcę powiedzieć o czymś innym, mianowicie o pewnego rodzaju „pladze” książek o tematyce erotycznej. Samo w sobie może i to nie jest złe, razi mnie bardziej miernota rzeczonych pozycji. Najbardziej mnie boli to rozreklamowanie ich, które wmawia ludziom, że to są jakieś super książki, które musi każdy przeczytać. Przecież to śmieszne. Są gorsze niż 90% harlequinów.

Mówię tak, bo zdarzało mi się czytywać i takie książki; także wiem co mówię. Kiedyś usłyszałam opinię, że harlequiny są dla starych panien, szydełkujących przy kaloryferze. Dla kogo w takim razie tworzone są powieści typu greja? Dla kobiet, które nie odkryły stron pornograficznych w necie? Najbardziej mnie chyba śmieszy, kiedy słyszę jak ktoś mi mówi, że te książki są taaakie poruszające, bo przecież pokazują ciemną naturę człowieka i to jak się zachowuje pod wpływem miłości. Tylko jakiej miłości ja się pytam?

Tego typu książki nasunęły mi porównanie z dawną literaturą, w której występowały wszelkiej maści heroiny. Z tym, że tam chodziło o prawdziwą miłość, a nie taką, jaka istnieje w dzisiejszym pojęciu… Dla nich to uczucie było prawdziwym porywem serca, a nie układem między dwojgiem pożądających się wzajemnie ludzi. Mierzi mnie bowiem takie sprowadzanie miłości do tzw. parteru. Mógłby ktoś powiedzieć, że czytane przeze mnie harlequiny robią dokładnie to samo. I owszem, ale przynajmniej ich autorki mają nieco lepsze poczucie smaku i tego w jaki sposób należy o tym pisać. Tak więc, drodzy czytelnicy, nie dajcie się zwieść zapewnieniom, że taka literatura Was poruszy czy wzruszy czy co tam jeszcze. Może co najwyżej rozbawić swoją miernotą.

Dodaj komentarz