Jestem numerem cztery – a co gdybyśmy nie byli sami we wszechświecie?

Teorii spiskowych, zakładających, że gdzieś we wszechświecie istnieją kosmici, którzy chcą zniszczyć Ziemię powstało całe mnóstwo. Jakkolwiek nieprawdopodobnie by to brzmiało, być może nie jesteśmy jednak sami. Nie koniecznie te istoty, kimkolwiek by nie były, muszą być złe. Być może nawet kiedyś odwiedzały naszą planetę, pomagając w rozwoju ludzkości. Taką właśnie wizję kosmosu serwuje nam książka „Jestem numerem cztery”.

Lorien to niewielka, lecz przepiękna planeta, gdzieś w odległym układzie. Jej mieszkańcy borykali się kiedyś z podobnymi problemami cywilizacyjnymi, jakie my mamy teraz tu na Ziemi. Oni jednak poradzili sobie z tym, dzięki czemu ich planeta nie tylko przetrwała, lecz wręcz odrodziła się. W zamian za to zostali obdarzeni niezwykłym darem. Część z nich, ci, którzy zostali wybrani, otrzymuje wraz z wiekiem swoje Dziedzictwo – przeróżne moce, które mają za zadanie uczynić z nich wojowników zdolnych ochronić planetę w razie najazdu obcych. Każdy z nich ma swojego stróża, który opiekuje się nim, jest odpowiedzialny za jego trening i wprowadzenie we wszystkie tajemnice bycia wybranym. Pewnego dnie jednak Lorien pada ofiarą najazdu Mogadorczyków. Ta obca cywilizacja jest bezwzględna, a jej największą radością jest zabijanie. Z Loryjczyków ratuje się tylko dziewięcioro dzieci, wybranych, i ich opiekunowie oraz pilot ich statku. Kiedy jeszcze jest to możliwe zostaje podjęta decyzja, że właśnie oni polecą na Ziemię i tam będą ukrywać się, aż do rozwinięcia wszystkich mocy, które umożliwią im walkę z Mogadore o to, by mogli w końcu wrócić na swą rodzimą planetę.

Głównym bohaterem „Jestem numerem cztery” jest młody chłopak, Czwórka. Opowiada on swoją historię ucieczki z Lorien i późniejszego ciągłego ukrywania się na Ziemi. Kiedy go poznajemy właśnie wyprowadza się w wielkim pośpiechu z Florydy, gdzie mieszkał ze swoim opiekunem od jakiegoś czasu. Wszystko dlatego, że na jego kostce pojawiła się trzecia blizna – znak, że Trójka został bądź została zabita. John, bo takie imię przybrał, wraz z Henrim udają się do Paradise, w Ohio. Tam chłopak wreszcie zaczyna wieść normalne życie. Poznaje pierwszą w swoim życiu dziewczynę, w której się zakochuje. Zdobywa także przyjaciela, który nieoczekiwanie zostaje jego sprzymierzeńcem w walce z kosmitami. Choć musi ukrywać swoją prawdziwą tożsamość i to, jakimi mocami dysponuje, jego tajemnica zostaje odkryta. A kiedy okazuje się, że wrogowie też się o nim dowiedzieli, na ucieczkę jest już za późno.

„Jestem numerem cztery” mnie osobiście niezbyt porwało. Chodzi mi tu o może nieco zbyt przewidywalną i schematyczną konstrukcję fabuły. Poza tym, nie mam książce nic do zarzucenia. Wręcz przeciwnie, jest nawet ciekawa, porusza dość ciekawą teorię, która zakłada, że nie jesteśmy sami w kosmosie i że ci „inni” nie tylko nawiązywali z nami kontakt, lecz wręcz pomagali ludzkości rozwijać się. Napisana ciekawym stylem książka, która, oprócz swej schematyczności, jest nawet wciągająca. Myślę, że warto ją przeczytać, choćby po to, aby oderwać się na chwilę od szarej codzienności. Myślę, że spodoba się także paniom, ze względu na dość rozbudowany wątek miłosny. : )

Do zakupienia tutaj.

Dodaj komentarz