Kiedy odszedłeś – kiedy end nie jest happy

O czym jest ta książka?

Will nie żyje, a Lou nie bardzo wie, jak sobie z tym faktem poradzić. Mimo to stara się wypełnić złożoną mu obietnicę i każdego dnia szukać powodów do wstania z łóżka. Rodzina jej w tym pomaga raczej średnio, bardziej ciągnąc w dół niż konstruktywnie wspierając. Przeprowadzka do nowego mieszkania jest według nich błędem, który potwierdza nieszczęśliwy wypadek. Kiedy wydaje się, że życie Lou wreszcie wygląda na jako tako ustatkowane zdarza się coś, co sprawia, że znów wszystko wywraca się do góry nogami. Czy nowi ludzie w jej wszechświecie pomogą w ruszeniu dalej czy raczej zburzą i tak kruchą równowagę, którą udało jej się wypracować? I, najważniejsze, czy Lou w ogóle będzie ich wstanie do siebie dopuścić?

Nie mam pojęcia, jak to jest, kiedy straci się kogoś ukochanego. Nie chcę przez to powiedzieć, że nigdy jeszcze nie zetknęłam się ze śmiercią, wręcz przeciwnie. Nigdy jednak nie dotknęło mnie w jakiś szczególny sposób, bowiem nie były to specjalnie bliskie mi osoby. Nie na tyle, by nie wiedzieć co począć ze swoim życiem po ich odejściu. Niemniej jednak myślę, że jestem w stanie wyobrazić sobie w jakimś stopniu jak zrozpaczona byłabym po czymś takim. Jak ciężko byłoby pozbierać się i ruszyć dalej ze swoim życiem. Wiedząc, że nigdy już nie zobaczę tej osoby, nie będę się z nią śmiać, smucić czy po prostu być. Wiadomo, każdego z nas kiedyś to spotka, prędzej czy później, ostatecznie nikt nie żyje wiecznie. Jednak zaakceptowanie tego faktu mnie przynajmniej uświadamia, że powinnam być lepszym człowiekiem, kochać bardziej. Dawać siebie, nie oczekując niczego w zamian. Dopóki jeszcze mam czas i cieszyć się, że go mam. Że mam czas i tę osobę, której mogę go poświęcić. By później nie żałować tego, że nie zrobiłam, że nie powiedziałam, że byłam niemiła, a może zbyt uparta by przyznać rację.

Bohaterka „Kiedy odszedłeś”, dobrze już wszystkim znana Lou Clark, miała czas się przygotować na odejście ukochanego. Ba! Została poproszona o bycie przy nim w tych ostatnich chwilach, kiedy już zdecydował, że nieodwołalnie chce popełnić wspomagane samobójstwo. I była przy nim do samego końca. Mimo własnych wątpliwości i sprzeciwu ze strony rodziny. Tak kończy się „Zanim się pojawiłeś”. W kontynuacji spotykamy Lou około roku po śmierci Willa. Nie wygląda na pogodzoną z jego śmiercią, ani pozbieraną życiowo osobę. Mimo to stara się jak może wstawać codziennie rano i wynajdywać nowe powody by żyć. Jest to niejako podwójnie trudne, bowiem spotyka się z totalnym niezrozumieniem ze strony rodziców. Uważają oni, że ich córka nie jest w stanie żyć samotnie i że przeżywa załamanie nerwowe. Niefortunny wypadek tylko utwierdza ich w tym przekonaniu. Niezależność Lou przegrywa w walce z argumentami rodziców, więc dziewczyna w końcu zaczyna brać udział w spotkaniach grupy wsparcia dla osób, które również straciły kogoś bliskiego. Jak i w pierwszej części Jojo Moyes serwuje nam doskonały przekrój przez rozmaite ludzkie osobowości i zachowania. Pomiędzy wierszami powieści o podnoszeniu się po stracie wypatrzeć można analizę psychologiczną poszczególnych warstw społecznych. Świetny zabieg, który znacząco rozszerza tło całej historii. Przy okazji mamy okazję zajrzeć w sam środek ludzkich nieszczęść i zobaczyć w jak różny sposób są one odbierane.

Jak dla mnie „Kiedy odszedłeś” jest świetną literacką próbą zmierzenia się z zazwyczaj unikanymi tematami. Jak czuje się człowiek po stracie ukochanej osoby? Jak długo potrafimy pozostawać w żałobie? Wreszcie czy tylko osoby, które oficjalnie związały się węzłem małżeńskim mają prawo do rozpaczy po śmierci drugiej połowy? To smutne z jak wielkim niezrozumieniem muszą spotykać się takie osoby. Mogłoby się wydawać, że żałoba to niemalże coś gorszego od niepełnosprawności. Niby wszyscy to u ciebie tolerują, jednak po pewnym czasie wydają się poirytowani, że nie jesteś z powrotem tą samą osobą, wesołą, normalną. Nikt nie zastanawia się nad tym, co czujesz, bo przecież dali ci dużo czasu na uporanie się z tą sytuacją. A ile to jest dużo czasu? Czy jakakolwiek ilość czasu jest w ogóle wystarczająca do tego, żeby przejść nad czymś takim do porządku? Dopóki sami nie znajdziemy się w takiej sytuacji odpowiedź na te pytania raczej pozostaje poza naszym zasięgiem. Mam wrażenie, że w tych dwóch książkach autorka pragnęła nie tylko opisać przepiękną historię miłosną i jej niezbyt szczęśliwe zakończenie. Dla mnie spod tych nieszczęść przebija ogromna chęć życia. Pochwała tego, aby mimo wszystko cieszyć się tym, co mamy. Nawet jeśli nie zawsze nasza droga jest usłana różami. Trochę przypomina mi to film „Ma Ma” ze świetną w swojej roli Penélope Cruz. W każdym razie, niezależnie od ideologii, książka jest świetnie napisana. Chyba przede wszystkim dlatego, że jest niezwykle zaskakująca – zarówno nowymi postaciami, które wkroczą na scenę, jak i zmianą tych już na niej obecnych. Dla wszystkich, którzy przeczytali „Zanim się pojawiłeś” książka „Kiedy odszedłeś” to zdecydowanie pozycja obowiązkowa.

Dodaj komentarz