Kraina miłości i zatracenia – historia pełna sprzeczności

O czym jest ta książka?

Kapitan Bradshaw kocha wszystkie swoje kobiety. Żonę z obowiązku. Kochankę, bo sam potrzebuje miłości. Córkę, bo jest istotą, której pragnie, choć nie powinien. Kiedy pochłania go ocean, oprócz nich pozostawia jeszcze drugą córkę oraz syna. Choć są rodzeństwem, mieszkają w innych domach i wychowują ich inne matki. Wspólna historia połączy tych dwoje, choć to nigdy nie powinno się zdarzyć. W tle tej rodzinnej sagi rozegra się wojna, przetoczy huragan, a miejscowa ludność Karaibów będzie walczyć o prawo do przebywania na własnej ziemi.

„Kraina miłości i zatracenia” to dość specyficzna historia. Ale ja takie lubię. Rodzinne tajemnice, niedopowiedzenia. Opowieści, które powinny stać się przestrogą pozostają schowane głęboko w umysłach tych, którzy je znają. Skomplikowane więzy łączące ze sobą poszczególnych bohaterów zdają się kpić z ostrzeżeń płynących z historii. A wszystko to w malowniczej scenerii Wysp Dziewiczych. Autorka opowiadając nam sagę rodziny Bradshaw odczynia własne uroki i czyni magię uwikłania czytelnika w karty jej książki. Krok po kroku, od pierwszej strony, zostajemy wciągnięci w wir wydarzeń. Okiem Eeony oceniamy mężczyzn przez pryzmat ukochanego ojca. Z rudowłosą Anette odkrywamy, co znaczy miłość, a czym jest obowiązek. Ich matka, Antoinette, uczy nas guseł dostępnych tylko kobietom. A Rebekah? To prawdziwa czarownica co przez miłość straciła swoje sprawcze moce. Tutaj mężczyźni, choć istotni, grają jedynie drugoplanowe role. Nie mają zbyt wiele do powiedzenia w świecie, gdzie rządzą wiedźmy.

W „Krainie miłości i zatracenia” wszystko staje się możliwe i jednakowo prawdopodobne. Rzeczywistość miesza się swobodnie z fikcją, czy też mitem lub magią. Ale jedyne czary, jakie tam znajdziemy to opowieści. Słowa płynące z przeszłości, które oczarowują tych, co są tu i teraz. Bajania i zabobony, a może czysta prawda? Nikt tego nie wie. Jednak i ci współcześni są nieraz uczestnikami wydarzeń, które kiedyś staną się takimi legendami. Powtarzanymi szeptem opowieściami o cudach. To właśnie jest kultura i czar tamtych miejsc. Tamtych ludzi. I muszę przyznać, że bez oporu dałam się tym gusłom oplątać. Urzekło mnie przede wszystkim to, że nie istnieje tutaj coś takiego jak granica pomiędzy tym co, wymyślone i rzeczywistością. Tak po prostu magia dzieje się obok nas, na naszych oczach lub w nas samych. I nikt ani nic nie jest w stanie tego zmienić czy powstrzymać. To ten specyficzny karaibski klimat sprawia, że ta powieść jest godna uwagi. Każda dobra opowieść powinna mieć duszę. „W krainie miłości i zatracenia” ma ją z całą pewnością. Wystarczy tylko poddać się odpowiedniemu rytmowi i dać się ponieść.

Pod względem fabularnym może i nie przeżyjemy jakiegoś spektakularnego zaskoczenia. W tej książce wszystko wydaje się być jasne i oczywiste, jakbyśmy sami byli wiedźmami, co potrafią przepowiadać przyszłość. A mimo to, nie można powiedzieć, żeby to była nudna historia. Przyjmuje się ją taką, jaka jest, po prostu dlatego, że jest. Warto jednak zwrócić większą uwagę na bohaterów. Każdy z nich zdaje się snuć swoją historię niezależnie od zamysłów autorki. Tak jakby to ona dała im życie, którym później dysponują już sami wedle swojej woli. To sprawia, że karty tej powieści ożywają, wręcz tętnią przepełniającym je życiem. Miłość i przekleństwo. Namiętność i zdrada. Pożądanie i obowiązek. Wszystko to miesza się ze sobą, tworząc egzotyczną mieszankę, która zachwyca nie tylko różnorodnością, ale i tak wieloma sprzecznościami, które idealnie ze sobą współgrają. Choć miejscami być może zbyt zaplątana, jest to z pewnością książka warta uwagi i polecenia.

Dodaj komentarz