Ktoś we mnie – zabójcza rezydencja

O czym jest ta książka?

Doktor Faraday w dość przypadkowy sposób staje się lekarzem rodziny Ayresów. Seniorka rodu mieszka w niegdyś bogatej, a dziś będącej w ruinie, rodowej posiadłości wraz z synem i córką. To niezwykłe trio za wszelką cenę stara się utrzymać na powierzchni w niesprzyjających, powojennych latach. Powodowany wrodzoną wrażliwością doktor stara się pomóc im w tych trudnych chwilach najlepiej, jak potrafi, szybko więc staje się przyjacielem rodziny. Mniej więcej w tym samym czasie dom wraz z jego mieszkańcami nawiedza seria dziwnych i zdecydowanie nieprzyjemnych wydarzeń. Z upływem czasu sytuacja tylko się zagęszcza, a doktor nagle odkrywa, że znajduje się w samym jej środku. Czy jednak dostrzeże zbliżającą się zagładę?

Współcześnie horror to głównie tryskająca wszędzie krew, „flaki” na wierzchu i stosy trupów. No i koniecznie jakiś psychopata biegający z siekierą albo piłą łańcuchową. Oczywiście, jest to bardzo uproszczona i zapewne krzywdząca dla niektórych filmów czy książek z tego gatunku opinia. Niemniej jednak tak właśnie wygląda główny nurt. Przy czym odnoszę wrażenie, że o ile literatura trzyma jeszcze jako taki poziom, to z filmem jest coraz gorzej. Ja jednak od tej niewymagającej rozrywki wolę zdecydowanie bardziej klasyczne utwory. Nie jest to już chyba stricte horror w takiej współczesnej definicji, raczej użyłabym tutaj określenia literatura grozy. Typowym przykładem jest tutaj przede wszystkim twórczość Edgara Allana Poego, która jest nie tyle przerażająca, co raczej wzbudzająca w czytelniku niepokój. I zdecydowanie wymagająca samodzielnego myślenia i analizowania czytanej treści. Ostatnio jednak, zafascynowana twórczością pani Waters, natrafiłam na jej właśnie książkę utrzymaną w podobnym klimacie, jak utwory klasyka gatunku I muszę przyznać, że ta lektura dała mi dużą satysfakcję.

Książka „Ktoś we mnie” przypomina mi nieco nowelę „Zagłada domu Usherów”. W powieści, o której dziś chcę opowiedzieć, także cała fabuła niejako obudowana jest wokół jednego konkretnego budynku. Rodzinny dom, a właściwie posiadłość, należy do niegdyś zamożnej, a teraz ledwie wiążącej koniec z końcem arystokratycznej angielskiej rodziny. Z pozoru to zwykły budynek jakich wiele, jednak zaczynają się w nim dziać niepokojące rzeczy. Tak, jakby z upadkiem rodziny i ogólnym stanem zaniedbania zaczął i on popadać w jakiegoś rodzaju chorobę. Pokuszę się nawet o diagnozę, że była to choroba psychiczna. Dziwnie to brzmi w odniesieniu do budynku, czegoś nieożywionego, po prostu przedmiotu. Ale to właśnie jest cały urok takiego typu literatury: że łączy w sobie rzeczywistość i fantazję. A te dwa obszary oddziela od siebie granica tak cienka, że niemalże niezauważalna. Właściwie każde z niepokojących wydarzeń, które dzieją się w rezydencji ma logiczne wytłumaczenie. Ma jednak także i wytłumaczenie, powiedzmy, paranormalne. Nie jest to zupełnie adekwatne słowo, ale zostanę przy nim. W takich warunkach rodzi się pytanie, co jest prawdą, a co wymysłem opętanego chorobą umysłu?

Literatura grozy ogólnie nie nastawia się na szokowanie czytelnika. Nie epatuje tanią śmiercią, nie dostarcz też krwawych szczegółów. Ważniejsze, dużo ważniejsze, jest tutaj delikatne budowanie nastroju, atmosfery nerwowości i niezdrowego podniecenia. Popularny jest motyw właśnie choroby umysłowej, która staje się motorem napędowym działań poszczególnych bohaterów. Najbardziej podoba mi się to, co można znaleźć i w powieści „Ktoś we mnie”, czyli niepewność co do oceny poszczególnych zdarzeń. Wiadomo bowiem, że i wariaci mogą mówić całkiem prawdopodobne rzeczy. Tutaj dochodzi dodatkowo zaburzenie obiektywnej oceny poprzez bliską więź łączącą rodzinę z teoretycznie bezstronnym lekarzem. Wszystkie te drobnostki łączą się w idealną całość, która sprawia, że niczego już nie można być pewnym. Możemy być przekonani o tym, że duchy i tym podobne zjawiska nie istnieją, jednak kiedy ktoś zasieje w nas ziarno wątpliwości wiele się może zdarzyć. Tym bardziej, jeśli to ziarno będzie regularnie podlewane coraz to nowymi, niezwykłymi wydarzeniami. „Ktoś we mnie” ma w sobie nieodparty urok dawnej literatury grozy. Łączy w sobie świetny warsztat pisarski autorki i ciekawym wątkiem, zaczerpniętym z klasyki i rozwiniętym z wielkim wyczuciem. To połączenie sprawia, że jest to powieści niebanalna i z całą pewnością oryginalna.

Na marginesie chciałabym dodać słówko o tytule tej powieści. Jego polskie tłumaczenie jest świetnym przykładem zjawiska, który każdy zna doskonale. W tym wypadku jednak „Ktoś we mnie” nie tylko nie ma nic wspólnego z tytułem angielskim, który brzmi „The Little Stranger”. Na dodatek, w przeciwieństwie to oryginału, nie wiąże się także z treścią powieści. Każdy, kto ją przeczyta, z pewnością zrozumie, o czym mówię.

Dodaj komentarz