Lato koloru wiśni – współczesna wersja Jane Austen

Na półkach oznaczonych napisem „romans” królują przede wszystkim nazwiska autorek amerykańskich. Podejrzewam, że nawet ci czytelnicy, którzy mają niewiele wspólnego z tym gatunkiem znają je przynajmniej z widzenia bądź słyszenia. Jeśli przyjrzeć się bliżej tej części literatury łatwo można zauważyć, że zdominowana jest przez niewielkie objętościowo książki. Na ich tle książka Cariny Bartsch wyróżnia się zdecydowanie. Jak się okazało po rozpoczęciu lektury, nie tylko wyglądem. Nie mam tutaj na myśli, że autorka wymyśliła coś szczególnie nowego w tej dziedzinie. Niemniej jednak jej powieść zdecydowanie ma w sobie „to coś”, co sprawia, że z wielkim zaangażowaniem śledzimy losy bohaterów. Muszę szczerze się przyznać, że zdecydowałam się przeczytać tę książkę zachęcona pozytywnymi i niezwykle entuzjastycznymi opiniami klientek księgarni, w której pracuję. Pomyślałam sobie, że nie można przejść obojętnie obok książki, która wzbudza takie emocje i jest przyczyną bezsenności. I okazało się, że rzeczywiście jest to pozycja, której warto poświęcić czas i uwagę. Chyba głównie ze względu nam dwójkę głównych bohaterów, którzy nie dają nam chwili wytchnienia od pierwszych stron książki.

Warto zauważyć, że przy tworzeniu tych postaci autorka sięgnęła po bardzo ciekawe środki i zabiegi, jakich zazwyczaj literatura spod znaku romansu unika. Cięty język i przepychanki słowne to w „Lecie koloru wiśni” chleb powszedni, który jednak wcale się nie nudzi. Wręcz przeciwnie, dzięki temu książka nabiera prawdziwych rumieńców i tym lepiej się ją czyta. Plusem jest także to, że główna postać, czyli Emely zdecydowane nie jest sztampową laseczką, jakie zazwyczaj są bohaterkami romansów. Jest inteligentna i dowcipna, bardzo bliska zwykłym dziewczynom, które takie książki czytają. Jest po prostu postacią tak realistyczną, że można by pomyśleć, że to koleżanka opowiada nam swoje przeżycia. Co z kolei sprawia, że cała historia staje się i przystępniejsza i bardziej wiarygodna. Chociaż fabuła oparta jest na mało innowacyjnym pomyśle, to jednak autorka wyciągnęła z niej maksimum i sprawiła, że książka jest na prawdę świetna. Niektóre jej elementy są może nieco zbyt oczywiste i czytelnik jest w stanie bardzo szybko przejrzeć zamysły autorki, lecz myślę, że jest to działanie celowe.

Ostatnio recenzowałam książkę „Grey” i siłą rzeczy nasunęło mi się pewne skojarzenie. A mianowicie, że „Lato koloru wiśni” nie jest z kręgu literatury, który można określić „kopciuszek spotyka swojego księcia”. Myślę, że w głębi duszy kobiety wcale nie pragną takich romansów – wbrew temu co ogólnie przyjęte i propagowane. Moje osobiste zdanie jest takie, że kobiety po prostu chcą być kochane. I o tym jest prezentowana przeze mnie dzisiaj książka. Nawet jeśli ta miłość ma problemy to jednak wspaniałym przeżyciem jest kibicowanie jej i snucie nadziei razem z bohaterami, wyczekiwane tego momentu, w którym wszystko się ułoży i będziemy mogli odtrąbić zwycięstwo. I byłoby to może dziwne, że to jednak E.L. James odniosła większy sukces, przynajmniej jeśli weźmiemy pod uwagę sprzedaż, gdyby nie fakt, że w dzisiejszym świecie liczy się przede wszystkim reklama. A, jak wiadomo, nic nie sprzedaje się tak dobrze jak seks. Mam jednak nadzieję, że dzięki takim kobietom jak moje klientki i być może ja sama także bardziej ambitna lektura będzie nadal miała swoje sposoby na reklamowanie się wśród tych, który na prawdę chcą czytać.

P.S. Premiera drugiego tomu pod tytułem „Zima koloru turkusu” już 9 października!

Dodaj komentarz