Mick Finlay: Detektyw Arrowood – konkurent Sherlocka

O czym jest ta książka?

Detektyw Arrowood to postać dobrze znana w biedniejszych dzielnicach Londynu roku 1895. Ci wszyscy, których nie stać na usługi Sherlocka Holmesa właśnie do niego kierują swoje kroki. Na pomoc policji nie ma co liczyć: mają zbyt mało funkcjonariuszy, żeby cokolwiek zmienić. Nic więc dziwnego, że panna Cousture zwraca się ze swoją prośbą właśnie do niego i jego pomocnika. Jej sprawa wygląda na banalne śledztwo: znajdą jej zaginionego brata, który najprawdopodobniej ukrywa się gdzieś w pobliżu poprzedniego miejsca zamieszkania. Stopniowo jednak pojawiają się coraz to nowe i bardziej niebezpieczne okoliczności. Tym bardziej, że będą musieli znów kręcić się w pobliżu pewnych osób, z którymi spotkali się już w przeszłości. I nie było to miłe spotkanie przy popołudniowej herbatce. Pomimo tego wszystkiego Arrowood i jego pomocnik są zdeterminowani doprowadzić śledztwo do samego końca. Nie zważając na konsekwencje i możliwe ofiary.

Detektyw Arrowood to dość nieoczekiwana osobowość w szeregach rozwiązujących zagadki bohaterów kryminałów. Nie wyróżnia się niczym szczególnym, może poza tym, że zdarza mu się nadużywać alkoholu i laudanum. Choć to akurat wpisuje się w stereotyp zbyt przejmującego się swoją pracą detektywa/policjanta. Tak jak i fakt, że jakiś czas temu porzuciła go ukochana żona. Chociaż akurat Arrowood nigdy do końca nie pogodził się z jej stratą i nadal czeka z nadzieją na jej cudowny powrót. Zamiast nie jednak w domu detektywa zjawia się jego siostra i wprowadza swoje porządku, patrząc przy tym krzywo na kawalerskie przyzwyczajenia brata. Ogólnie więc z jednej strony wydaje się być stereotypową postacią, z drugiej zaś jest coś takiego w nim, że ciężko jest się do niego przekonać. Nie jest to postać zła w sensie moralnym, lecz literacko nieco bezbarwna i jakby niedopracowana. Zbyt naiwny, by być wiarygodny. Zdecydowanie więcej ciepłych uczuć żywię do jego pomocnika, który jednocześnie jest w tej powieści narratorem. Chociaż i on nie jest wolny od wad, to jednak jakoś bliżej mi właśnie do niego, który czasem zachowuje się jak służący niż do nadmiernie wywyższającego się Arrowooda. Niby jest to normalne dla postaci z tamtych czasów. Natomiast tutaj jakoś niezbyt to wszystko przekonuje czytelnika do wzięcia bądź co bądź tytułowego bohatera na poważnie.

Nieco uciążliwa jest również tendencja do ciągłego obrzucania Sherlocka Holmesa błotem. Arrowood przez całą powieść podkreśla jakim to okropnym oszustem jest jego konkurent. Nie może przejść obojętnie obok dosłownie żadnej okazji do tego, aby powiedzieć coś niemiłego na jego temat. Raz może by to przeszło. Za którymś kolejnym staje się po prostu nużące. Ot, narzekanie tego, kto gorzej sobie radzi na konkurenta, który po prostu jest lepszy. Zazdrość w najgorszym wydaniu. Tym bardziej, że wszyscy, którym zdarzyło się przeczytać choćby jedną z powieści, których bohaterem jest Holmes z pewnością zauważą dość dużą różnicę w codziennym zachowaniu, jak i sposobie prowadzenia śledztw u obu panów. Być może założeniem autora było stworzenie postaci, która mogłaby odrzeć Holmesa z jego aury najlepszego detektywa, ale na niego zdecydowanie trzeba kogoś lepszego niż Arrowood i jego obsesja. Momentami odnosiłam wrażenie, że detektyw jest niemal obłąkany: tak bardzo pragnął przekonać każdą napotkaną osobę do swoich racji, że często robił po prostu z siebie pośmiewisko przed obcymi ludźmi. Poza tym denerwowała mnie jego nieodpowiedzialność i, w pewnym stopniu, brak empatii. Niby był taki wrażliwy i opiekuńczy, a kiedy przychodziło co do czego, to jakoś nie potrafił okazać serca ani małemu chłopcu, który mu pomagał, ani własnemu asystentowi, który nie raz i nie dwa narażał się dla prowadzonego przez niego śledztwa na ciężkie pobicie. Nie zwierzył mu się również ze swoich kłopotów rodzinnych. Zdecydowanie, Arrowood nie jest postacią, którą można by było określić mianem dobrej. W żadnym aspekcie.

Odniosłam niemiłe wrażenie podczas lektury „Detektywa Arrowooda”, że jest to książka pisana przeciwko czemuś/komuś, a nie dla samej chęci stworzenia czegoś. Podobne odczucia miałam przy okazji czytania powieści „Lśnij, morze Edenu”, więc to spostrzeżenie wydaje się zawierać w sobie odrobinę prawdy. Szczerze, uważam, że to niezbyt dobry pomysł. Tak jakby autor stworzył swoją powieść nie po to, aby zapewnić czytelnikowi rozrywkę, ale raczej by przepchnąć swój punkt widzenia. Niby generalnie do tego właśnie służą książki, niemniej jednak wolę, kiedy nie jest to aż tak nachalnie widoczne. Ogólnie rzecz biorąc, nie jest to zła powieść. Raczej określiłabym ją mianem przeciętnej. Nie wyróżnia się jakoś wybitnie ani w jedną, a ni w drugą stronę. Jako, że dni coraz dłuższe i coraz cieplejsze, to powiedziałabym, że to książka odpowiednia do tego, żeby poczytać ją relaksując się na leżaku czy kocu na trawie. Może i nic specjalnego, ale jednak idealnie nadaje się do tego, aby odprężyć się przy tej lekturze i w końcu zapomnieć o zimie.

  • Fabuła
  • Kreacje postaci
  • Język
3

Podsumowując:

Do przeczytania, ale bez szału.

1 komentarz

  1. Widzę to jak jakąś kompletnie zwaloną kopie Sherlocka Holmesa i absolutnie nie mam ochoty jej czytać. Tym bardziej, jeżeli lecą niczym nie podyktowane bluzgi na postać Sherlocka, bo sama akurat niesamowicie go uwielbiam 🙂

Dodaj komentarz