Misja ambasadora – wiele hałasu o nic

Im jestem starsza tym mniej mnie kręcą tego typu książki. Tak myślę, że właśnie o to chodzi. Choć może to po prostu dlatego, że autorka jednak jest kiepska i dlatego już mi się tak bardzo ta trylogia nie podoba jak kiedyś. Jeszcze parę lat temu to rzeczywiście mnie fascynowało: te opisy posługiwania się magią, nauki w jakichś szkołach dla magików, wielkie bitwy, wielcy wygrani. A teraz? To po prostu nuży. I już. Koniec kropka. Ciągnie się w nieskończoność, ciągle powtarzają się te same sceny, jedynie opisane z punktu widzenia innej osoby występującej jako jedna z głównych postaci książki. NUUUDA!

Kreacje bohaterów z resztą same w sobie pozostawiają wiele do życzenia. O ile jeszcze we wcześniejszych trylogiach tej samej autorki jakoś to wyglądało w miarę przyzwoicie, o tyle tutaj to już jest jakieś takie… Rozmemłane i papierowe. Nie mogę po prostu przetrawić jakoś tego, że pisarka w dziwny sposób przedstawia te kreacje. Już kiedyś o tym pisałam: ich nawet nie chce się sobie wyobrażać. Nie ma też czego ani jak, bowiem nie są w żadnym stopniu charakterystyczni czy wyjątkowi. Nic totalnie nie wyróżnia ich z tłumu jaki przewija się przez cały przebieg fabuły.

Sam styl, jakim posługuje się pani Canavan, też jakoś niespecjalnie przypadł mi do gustu. Miejscami jest wręcz irytujące w jaki sposób porusza pewne kwestie, aż odechciewa się czytać. Miałam zabrać się (po raz drugi już) do przeczytania dwóch kolejnych tomów, by sobie je odświeżyć i napisać recenzje, ale po tym jednym tomie nie wiem, czy po prostu chcę jeszcze raz przedzierać się przez to. Po prostu aż szkoda mi czasu na to, żeby siedzieć nad książką, której nie chcę czytać i która w najmniejszym stopniu mi się nie podoba. Ale zobaczymy. Może będzie jak z Greyem, że w końcu się przełamię i przeczytam, by napisać parę słów o tym, co tam się dzieje.

Dodaj komentarz