Moc sześciorga – wypełniając przeznaczenie

Książkę przeczytałam na prośbę jednego z czytelników i dlatego też piszę tę recenzję. Sama z siebie raczej bym się za nią nie zabrała z tego prostego powodu, że pierwsza część, „Jestem numerem cztery”, mnie nie zachwyciła. W tym wypadku jest podobnie. Może dlatego, że wyrosłam z zachwycania się opisami bitew toczonych pomiędzy tymi dobrymi a tymi złymi. Choć na pewno odegrał tu swoją rolę schematyzm znany już z pierwszej części. Trzeba jednak przyznać, że „Moc sześciorga” zawiera kilka sytuacji, w których autor zaskakuje wprowadzeniem jakiegoś szczegółu, któregoś byśmy się zupełnie nie spodziewali. Szkoda, że tak nie wiele jest tych sytuacji.

Wątek miłosny, zajmujący istotne miejsce we wcześniejszej części, tutaj zmienia się we właściwie nie do końca wiadomo co. Niby główny bohater nadal tęskni za swoją ukochaną, ale jednocześnie ważne miejsce w jego życiu zajmuje inna. Która jednocześnie wpadła w oko jego najlepszemu przyjacielowi. Dopóki Czwarty nie spotkał swojej dziewczyny sytuacja już była wystarczająco skomplikowana. Po tym spotkaniu staje się wręcz absurdalna. Myślę, że autor nie powinien zajmować się takimi sprawami, jeśli chce, żeby ta książka jakoś wyglądała.

Mówiąc o wyglądzie to czytając tę książkę nasuwa się myśl, że postaci poboczne są lepiej opisane niż ci główni bohaterowie. Nie mówię, że o wyglądzie przybyszów z Lorien czy też ich ziemskich przyjaciół autor nie wspomina ani słowem. Po prostu robi to w tak pobieżny sposób, że trudno ich sobie wyobrazić. Wiadomo, że każdy kto czyta daną książkę inaczej sobie wyobraża postaci „biegające” po jej kartach. Ciężko się jednak czyta taką powieść, gdzie trudno jest sobie wyobrazić cokolwiek.

Na początku chciałam napisać, że ta książka mi się nie podoba. W miarę czytania jednak zmieniłam zdanie. Stwierdziłam, że może po prostu niesprawiedliwie ją oceniam, bo nie lubię tego czy owego. Jest napisana ciekawym językiem, który sam w sobie przyciąga i zachęca do zagłębiania się w nią coraz dalej. Co dziwne, także to, że autor urywa jakiś wątek w najciekawszym momencie i nagle przenosi akcję na inny kontynent, jest plusem, a nie minusem jak mogłoby się wydawać. Ogólnie książka zła nie jest, ale zdecydowanie polecam ją tym, którzy lubią takie historie. Innym raczej nie przypadnie zbytnio do gustu.

Na koniec pytanie od czytelnika: dlaczego książka nosi tytuł „Moc sześciorga”, skoro występuje w niej tylko pięcioro Gardów?

Dodaj komentarz