Narzeczona lorda Ravensdena – jak to zwykle bywa…

…bohaterka romansu zakochała się nie w tym co trzeba facecie. To jest na tyle ogólnikowe podsumowanie fabuły książki, że można je odnieść do praktycznie każdego romansu. Bo czyż nie jest tak? We wszystkich książkach, które mienią się romansami, możemy znaleźć dokładnie ten sam schemat. To jednak, co wyróżnia „Narzeczone lorda Ravensdena” spośród tłumów jest podobieństwo do książek, które bardzo lubię, a które są autorstwa tak znanych kobiet jak Jane Austen czy siostry Brönte. Nie mówię tu o podobieństwie kunsztu pisarek, bo to nie ta klasa, lecz o tym klimacie jaki odnajduję tu i tu. To mi się bardzo podobało, było jak kompilacja dwóch światów, które lubię.

Jak na harlequina przystało znajdziemy w „Narzeczonych lorda Ravensdena” przesiąknięte erotyzmem sceny, nie jest ich jednak aż nazbyt dużo. Miejscami odnosi się wrażenie, że autorka skupia się bardziej na całej otoczce, która towarzyszy rozwojowi romansu niż na nim samym. To w sumie dobrze i źle, bo książka jest ciekawa z jednej strony, jednak z drugiej pojawia się pewien niedosyt wywołany zbyt nielicznymi scenami, w których para głównych bohaterów zostaje z sobą sam na sam i wiadomo co się wtedy dzieje, prawda. Szybsze bicie serca, nagłe napady gorąca i takie tam. Nie ukrywajmy, ale harlequiny czyta się po to, by przeżyć razem z główną bohaterką (czasem bohaterem) ten dreszczyk emocji towarzyszący rozwijaniu się uczucia, szczególnie kiedy jest ono ze wszech miar niepoprawne, nieprzyzwoite i w ogóle wszystko na „nie”.

Ogólnie oceniam książkę jako wartą przeczytania, pomimo tej łatki harlequina. Ostatnimi czasy doszłam do wniosku, że bardziej się można wstydzić publicznego czytania Greya niż tych nieszkodliwych romansów. One przynajmniej mają jakąś ciekawą fabułę, coś tam się ciągle dzieje i w ogóle jakoś mi się to lepiej widzi, niż cały ten syf, który jest obecnie na najwyższych miejscach w rankingach w prawie każdej księgarni. Zamiast czytać taki badziew już lepiej sięgnąć po chociażby te „Narzeczone lorda Ravensdena”. Można się uśmiechnąć, przeżyć dreszczyk emocji i przy okazji przeczytać kawałek prawdziwej literatury erotycznej.

Tak na koniec dodam od siebie, że wg mnie najlepsze harlequiny to są te z lat 80. i 90. Serio. Kiedyś czytałam tego masę i one były na prawdę dobre. Jak widać czasy się zmieniają, to i taka literatura przeżywa jakąś ewolucję. A szkoda, bo im dalej w las tym jest coraz gorzej, a „Narzeczone lorda Ravensdena” to jeden z nielicznych wyjątków potwierdzających regułę.

Dodaj komentarz