Nienasyceni – kocham go, ale go zostawię…

Ciągle sobie powtarzam, żeby w końcu przestać czytać te książki o wampirach, ale i tak nadal to robię. Chociaż w przypadku „Nienasyconych” muszę się usprawiedliwić tym, że książka wyglądała na całkiem dobrą. Niestety, to był błąd. Jak się poniewczasie okazało, „Nienasyceni” to kolejny współczesny harlequin, na domiar złego napisany w jakże oklepanej wampirycznej konwencji. Co to znaczy? To znaczy, że dziewczyna poznaje mega przystojnego wampira, zakochuje się w nim z wzajemnością i wtedy na scenę wkracza ten drugi, pogromca wampirów. I ten drugi też ją kręci, bo jakżeby inaczej. Więc oczywiście nie mogąc się zdecydować zostawia swojego wampira i biegnie ratować świat.

„Nienasyceni” to książka o dziewczynie, która ma niespotykane zdolności – potrafi przewidywać kto w jaki sposób umrze w niedługim czasie. Czyli jest czymś w stylu banshee z „Demona luster”. Na tym jednak ciekawe wątki w osobowości tej postaci się kończą, bo poza tym jest do bólu schematyczna i przewidywalna. Skoro już odwołuję się do Martyny Raduchowskiej, to dodam jeszcze, że podczas lektury „Nienasyconych” naszła mnie refleksja, że w wyniku połączenia inwencji i pomysłów autorki szamanki oraz lekkości pióra w opisywaniu sytuacji Meg Cabot powstałaby bardzo interesująca książka, napisana równie interesującym językiem.

Tym co mi się nie podobało w stylu pisarki to dialogi. To chyba jedyny, ale bardzo istotny, słaby punkt tej książki. Rozmowy, które prowadzą między sobą postaci w tej powieści są niekiedy wręcz koszmarne. Aż się zaczęłam zastanawiać, czy to napisała dorosła kobieta, czy dwunastoletnia dziewczynka.

Dodaj komentarz