Ostatnia spowiedź – o co tu w ogóle chodzi?

Nie wiem w ogóle co mnie napadło, żeby czytać to „coś”. Na początku z opisu książka wydawała się całkiem ciekawa, z gatunku takich, które jako kobieta też lubię sobie czasem przeczytać, żeby choć na chwilę przenieść się do tego wyimaginowanego świata, w którym wszystko jest idealne do tego stopnia, że lubię to tylko na kartach powieści. W prawdziwym życiu byłoby już zbyt nudno. Ale to? Co to w ogóle była za historia? Pierwsze kilkadziesiąt stron zapowiadało, że to będzie coś ciekawego, ale niestety później przyszło jedno wielkie rozczarowanie. Częściej się z tego co tam autorka nawypisywała śmiałam, niż wzruszałam tą rzewną historyjką. Trudno jednak zareagować inaczej na tak infantylny tekst. Nie chcę tu wchodzić w szczegóły fabuły, bo nie o to chodzi, ale przydałoby się zaznaczyć, że momentami zachowanie bohaterów jest tak nieracjonalne, wręcz głupie! (nie bójmy się nazywać rzeczy po imieniu), że to po prostu się w głowie nie mieści, że można coś takiego napisać i że ludzie się zachwycają czytając to. Chociaż może dwunastolatkom, które jeszcze nigdy nie przeżyły prawdziwej miłości i nie mają kompletnie pojęcia o jakichkolwiek związkach, będzie się to podobać, nie wiem. Mam trochę więcej niż 12 lat, więc trudno mi się w tej kwestii wypowiedzieć, jednak swoje podejrzenia co do tego mam.

Nie bez powodu piszę tu o dwunastolatkach, ponieważ po iluśtam przeczytanych stronach „Ostatniej spowiedzi” (skąd w ogóle taki tytuł? to też pozostaje dla mnie zagadką) nasunęło mi się skojarzenie, że to taki Grey, tylko w wersji mocno ocenzurowanej, żeby się dzieci za szybko nie uświadomiły, skąd się wzięły na tym świecie. Przyznaję się bez bicia, że swego czasu dość hmm.. „namiętnie” czytałam harlequiny, szczególnie te z lat 80. i 90. I moim zdaniem te były najlepsze, bowiem im nowsze, tym gorzej napisane. Ta książka właśnie jest przykładem takiego współczesnego (ocenzurowanego) harlequina. Nie widzę jednak jaka idea przyświeca pisaniu takich książek. Przecież to bez sensu. Jeśli już ktoś chce pisać książki o miłości to niech chociaż robi to z klasą, a nie wypuszcza taki badziew na rynek. Na dodatek w kilku tomach.

Coby nie być gołosłownym narzekaczem i wciąż powtarzać jaka ta książka jest kiepska, to powiem, że dopatrzyłam się w niej jednego plusa. Tak! Plusa! Mnie też się to wydało nieprawdopodobne, ale jednak tak w istocie jest. Tu także chcę odwołać się do wspomnianego już wcześniej Greya w celu porównania obu książek. Jest między nimi różnica taka, że o ile Grey jest grafomańskim wybrykiem, o tyle „Ostatnia spowiedź” jest napisana na prawdę fajnym stylem, który sprawia, że czyta się to z dość dużą przyjemnością pod względem przynajmniej formy, jeśli już nie treści. Także jeśli ktoś lubi ckliwe historyjki z pięćdziesięcioma przeszkodami do pokonania, durnymi ich rozwiązaniami, pokrętnymi tłumaczeniami oraz zupełnie bezsensownym zachowaniem bohaterów płci obojga, to serdecznie zapraszam do lektury. Pamiętaj jednak, że czytasz na własną odpowiedzialność. Ja ostrzegałam!

Dodaj komentarz