Przeminęło z wiatrem – każdy ma to, na co zasłużył

Kiedy jeden z moich znajomych, zobaczywszy, że czytam właśnie „Przeminęło z wiatrem”, zapytał mnie czy to harlequin. Opowiedziałam, oczywiście, że skądże znowu, to żaden harlequin. Jednak w miarę czytania coś mnie tknęło, że ów mój znajomy mógł jednak mieć rację. W pewnym momencie związek Scarlett z Rettem faktycznie zaczął przypominać te z popularnych tanich romansów. Niestety, a może na szczęście?, w tych, którymi ja się zaczytywałam bohaterki zawsze w końcu szły w odpowiednim jeszcze momencie po rozum do głowy i wszystko kończyło się szczęśliwie. Pani O’Hara bowiem nieco się spóźniła ze swoim zrozumieniem…

Pierwszą rzeczą, która się niesamowicie wręcz rzuca w oczy przy lekturze tej książki, to nieznośna wręcz do granic możliwości główna bohaterka. Przez całe trzy tomy (takie miałam wydanie akurat) zachowuje się jak nieznośny, rozpieszczony dzieciak, który tupie nogą i głośno płacze na pokaz, kiedy nie dostaje natychmiast tego, czego właśnie chce. O ile potrafię zrozumieć jej chęć wydobycia się z ubóstwa, o tyle totalnej ślepoty w sprawach uczuciowych wybaczyć jej nie mogę ani nie chcę. Sama sobie zgotowała swój los, nienawidząc wszystkich i wszystkimi pogardzając. Odtrąciła największą miłość, jaką ktokolwiek zdołałby ją w ogóle obdarzyć, w imię czego? Marzenia, o którym wiadomo, że się nigdy nie spełni? A jeśli nawet by się spełniło, to mogła sobie już dawno zadać pytanie, czy by ją to uszczęśliwiło.

Pomimo tej niezmiernie mnie irytującej bohaterki, dotrwałam do samego końca jej smutnych losów. Jak ktoś lubi baardzo pogmatwane i nie obiecujące nic dobrego romanse, to polecam z całego serca. Całą zaś resztę ostrzegam lojalnie, żeby się trzymała od Scarlett i spółki z daleka, bo książkę tę warto przeczytać chyba tylko ze względu na postać Retta, bo on to w ostatecznym rozrachunku okazuje się być tym najbardziej lubianym.

Dodaj komentarz