Rubinowe czółenka – tak pięknie może błyszczeć jedynie czyste zło

Zabierając się za „Rubinowe czółenka”, myślałam sobie, że jakże przyjemnie będzie powrócić do tego magicznego świata pachnącego intensywnie czekoladą, w którym niepodzielnie króluje Vianne Rocher. I jakież było moje rozczarowanie, gdy okazało się, że Vianne (vel Yanne) już nie praktykuje swoich małych, „domowych” czarów. Że nie odgaduje życzeń klientów, a jej chocolaterie nie jest centrum małego wszechświata okolicznych mieszkańców. Lecz nagle zjawiła się inna barwna postać w tytułowych rubinowych czółenkach i na dobre odmieniła losy wszystkich związanych z Vianne. Ją samą także.

Technicznie rzecz biorąc, książce nic nie można zarzucić. Styl autorki nadal ma w sobie tę nutkę niezwykłości, która pobrzmiewa w „Czekoladzie”. Lecz o ile poprzedniczka „Rubinowych czółenek” jest ciepłą książką, opowiadającą o tym, jak matka z córką przeciwstawiają się złemu losowi, tak tutaj, no cóż… Mnie w każdym razie zabrakło tej odrobiny magii, tak jakby autorka w jakimś sensie utożsamiła się ze swoją bohaterką i także zapomniała o tych drobnych, niewinnych zaklęciach, które przecież czynią tak wiele dobrego dla książki. Jakoś nie umiem tego ubrać w słowa, ale chyba głównie chodzi o postać Zozie, o jej irytującą postawę kobiety, która jest tak pewna swego, że ta pewność aż ją zaślepia i nie potrafi dostrzec w ludziach tego, co na prawdę cenne. Może to taka moja niechęć do ludzi złej woli, ale tak już mam, że jakoś nie lubię za bardzo takich postaci w książkach. Szczególnie, jeśli dotyczy to kontynuacji moich ulubionych książek.

Dodaj komentarz