Luźne przemyślenia na temat sagi o Wiedźminie

wiedźmin

Dzisiejszy wpis nie będzie zwykłą recenzją. Dziś chciałabym podzielić się raczej luźnymi przemyśleniami co do, zarówno opowiadań, jak i właściwego cyklu powieści o Wiedźminie. Pomysł na to wziął się stąd, że ostatnio postanowiłam przypomnieć sobie wzmiankowaną przed chwilą sagę, którą pierwszy raz przeczytałam jakoś w okolicach początku szkoły gimnazjalnej. I muszę przyznać, że kiedyś byłam nią wręcz zafascynowana i uważałam, że nic lepszego powstać nigdy nie mogło i nie może. A Andrzej Sapkowski to jedyny człowiek, który zna się na tym gatunku. Po powtórnym przeczytaniu sagi stwierdziłam, że moja opinie nie tylko jest przestarzała, ale i w zupełności nie zgadza się z tym, jak jest faktycznie. Powiem szczerze, że jakoś przemęczyłam te wszystkie książki, ale bez zbytniego zachwytu.

Mówi się, że człowiek uczy się przez całe życie. Biorąc więc pod uwagę, że jestem teraz o kilka lat starsza i, zapewne, o jakieś kilka setek (lekko licząc) lektur mądrzejsza zmiana mojej opinii o Wiedźminie nie powinna dziwić. Kiedyś był to cykl zaliczający się do moich ulubionych, a dziś czuję pewne rozczarowanie co do poziomu tych książek, których niegdyś tak zaciekle broniłam, gdy inni krytykowali. Jak się okazuje, do pewnych lektur lepiej nie wracać, żeby przypadkiem nie skończyć tak jak ja: z wielkim rozczarowaniem w stosunku do tego, co niegdyś wydawało się ósmym cudem świata. Podchodząc do tego całkiem na trzeźwo sądzę, że po prostu kiedy byłam młodsza bardziej podobały mi się takie bajki. I nie znałam jeszcze tych książek, z których Sapkowski w tak ewidentny, że miejscami aż bezczelny sposób, czerpał inspirację.

Dodaj komentarz