Siedlisko – nie ma to jak seks i śmierć…

Zawsze mówię sobie, żeby nie czytać, co piszą na okładkach książek, bo to najczęściej jest jedna wielka ściema słodząca autorom i niewiele mająca wspólnego z tym, jak dobra faktycznie jest ta powieść. No i mam za swoje, że się nie posłuchałam! Po lekturze „Siedliska” mam na jakiś czas (baardzo długi czas) dosyć współczesnego polskiego horroru. Przecież to była jakaś parodia wszystkiego co kiedykolwiek można by określić mianem chociażby przeciętnej książki z gatunku horroru. Przekleństwa w co drugim zdaniu, główny bohater, który jest maniakiem seksualnym i na dodatek fabuła bez jakiegokolwiek pomysłu. Jednym słowem: żenada.

Zacznijmy może od słownictwa. Pomijając fakt obecności wulgaryzmów, który już wspomniałam, autorzy tego „arcydzieła” posługują się językiem, jaki był modny ładnych kilka lat temu w polskich podstawówkach i ewentualnie może gimnazjach. Kogo chcieli tym odmłodzić czytelników czy siebie? W każdym razie to, co zrobili zakrawa na jakiś żart, bo czytając tę książkę miało się ochotę nią rzucić o ścianę ze zgrozy. Która, niestety, nie była wywołana porywającą i trzymającą w napięciu fabułą. Od samego początku było to jakieś takie nijakie, bez większego pomysłu na cokolwiek. No, ale przeczytałam, do końca licząc, że się w końcu rozkręcą. Jak się okazało – nadaremnie.

Osobny wątek stanowi mania autorów, bo chyba nie ma sensu winić tu bohatera, wszak to tylko wytwór ich wyobraźni, na punkcie seksu i wszystkiego co z nim związane. Każda, dosłownie każda kobieta występująca w tej powieści, choćby była jedynie sprzedawczyni w lokalnym sklepie, musi zostać oceniona i wnikliwie opisana jak niewolnik na targu. Bleh. Okropieństwo.

Dodaj komentarz