Siracusa – małżeńskie wakacje

O czym jest ta książka?

Lizzie i Michael przechodzą właśnie gorsze chwile w swoim małżeństwie. Żona, „porzucona” przez męża na rzecz pracy nad książką, czuje się nieco osamotniona w tym związku. Nie spodziewa się, że rzeczona książka jest w rzeczywistości inną kobietą, z którą Michael już od dłuższego czasu ma romans. Natomiast Taylor i Finn nawet nie silą się na udawanie małżeństwa doskonałego. Kobieta jest tak pochłonięta opieką nad chorobliwie nieśmiałą córką Snow, że nie ma już czasu dla małżonka. Finnowi ta sytuacja zdaje się nie przeszkadzać. Patrząc na tę dwójkę raczej ciężko dopatrzeć się powodów dla których w ogóle postanowili się pobrać. Wspólne włoskie wakacje mają być dla obu par odskocznią od codzienności i szansą na odbudowę relacji pomiędzy małżonkami. Niemniej jednak wycieczka staje się dla wszystkich coraz bardziej męcząca, a sprawy zaczynają przybierać nieoczekiwany i nie dla wszystkich szczęśliwy obrót.

Gdybym miała wybrać jeden jedyny najbardziej ulubiony gatunek literacki, to chyba postawiłabym na thriller psychologiczny. Lubię się bać, ale nie lubię strachu wzbudzanego w taki klasyczny sposób – za pomocą szaleńca biegającego z piłą i mordującego przypadkowych ludzi. Wolę powolne budowanie napięcia, nieodpowiedzenia i domysły, które sprawiają, że czytelnik na równi z bohaterem/bohaterami poddaje się wiszącemu w powietrzu szaleństwu. Dlatego tak bardzo lubię książki Stephena Kinga z jego najlepszych czasów. I za to też pokochałam powieść Delii Ephron „Siracusa”. Niby nic się nie dzieje. Wakacje, słońce, zwiedzanie. A jednak wszystko staje się coraz bardziej zawiłe i skomplikowane. Małżonkowie mają przed sobą coraz więcej tajemnic. Niedopowiedzenia. Urwane rozmowy. Pytania, które nigdy nie powinny paść i odpowiedzi, których nikt się nie spodziewał. Autorka idealnie oddaje w tej książce wszystkie zawiłości stanu małżeńskiego. Jednocześnie nie mówiąc czytelnikowi najważniejszego. O to jedynie ocieramy się raz za razem, sami nawet nie do końca wiedząc w jakim celu pozwala nam się zaglądać za tę zasłonę. Wydaje się, że wszystko czego potrzebujemy do rozwiązania tej zagadki dostajemy podane wprost. Jednak to jedynie wybieg mający uśpić naszą czujność. To, co najważniejsze dziejąc się na naszych oczach, jest jednocześnie starannie ukryte. Pod pozorem błahości skrywają się prawdziwe powody całego tego zamieszania. A właściwie jeden powód. Zapytacie co to. A powinniście raczej zapytać: kto?..

Opowiadając o „Siracusie” trzeba jednak mówić przede wszystkim o bohaterach tego dramatu. Tak jak dobry aktor odtwarza na ekranie swoją rolę całkowicie wchodząc w skórę granej przez siebie postaci, tak Delia Ephron przedstawia nam cztery silne osobowości. Lizzie i Michael oraz Taylor i Finn. Każde z nich ma do opowiedzenia swoją własną część tej historii. I, szczerze mówiąc, ja wierzę w każde słowo przez nich wypowiedziane. Czytając tę książkę na prawdę ciężko jest się pozbyć wrażenia, że wszystko to spotkało prawdziwych ludzi. Że zdarzyło się na prawdę. Porównanie do wyśmienitych aktorów, którego użyłam wcześniej nie jest tu wcale przypadkowe. Nie pamiętam kiedy miałam okazję spotkać się z tak perfekcyjną kreacją bohaterów jak właśnie w „Siracusie”. Coś niesamowitego. Każde z czworga bohaterów jest obdarzone własną, zupełnie wyjątkową osobowością. Od pierwszych słów wywołują emocje. Michaela po prostu nie da się nie lubić. W stosunku do Lizzie odczuwa się swego rodzaju współczucie pomieszane z litością. Taylor wzbudza niechęć, natomiast jej mąż Finn od początku do końca jest książkowym „śmieszkiem”, lekkoduchem, który z nie do końca jasnych powodów związał się z tak antypatyczną kobietą. Wygląda to trochę tak, jakby autorka konstruując swoich bohaterów próbowała zabawić się w Boga i obdarować ich własnym życiem. Wyszło jej to wyśmienicie.

Nie tylko bohaterowie, ale i fabuła jest tutaj istnym majstersztykiem. Wakacje na słonecznej Sycylii z niewielkim przystankiem w Rzymie są tylko przykrywką dla tego, co dzieje się pomiędzy bohaterami. Sytuacja staje się coraz bardziej napięta i w sumie nie do końca wiadomo, kto jest za to odpowiedzialny. Niezbyt poprawne relacje pomiędzy małżonkami zamiast ulec poprawie poddają się powolnej degradacji. Atmosfera gęstnieje coraz bardziej, nowe, skrzętnie dotąd skrywane tajemnice wychodzą na jaw. Jest jednak ktoś, kto w tym wszystkim czuje się doskonale. I pod pozorem niewinności i zupełnej nieświadomości podsyca to wszystko jeszcze bardziej. „Siracusa” to na prawdę niezwykła książka. Taka, o której trudno w ogóle zapomnieć. Po zakończeniu lektury jeszcze przez dłuższy czas „przetrawiałam” całą tę historię i jej bohaterów. Zastanawiałam się, co jeszcze autorka ukryła pomiędzy wierszami. I doszłam do wniosku, że z pewnością na jednokrotnej lekturze się nie skończy. Nie jest to powieść, którą można przeczytać i odłożyć na półkę z zadowoleniem rozwiązania całej tajemnicy. Moja ocena 5/5 jest wyrazem tego, jak bardzo doceniam wszystko, co otrzymałam w tej książce. Gdyby nie fakt, że na mojej prywatnej liście najlepszych książek, jakie zdarzyło mi się w życiu przeczytać pierwsze miejsce jest już od dawna zajęte bardzo poważnie rozważyłabym kandydaturę „Siracusy”. Z pewnością umieszczę ją jednak na liście książek, który każdy powinien w swoim życiu przeczytać. Choćby ze względu na niewiarygodną konstrukcję bohaterów. Chociaż całokształt jako taki na prawdę nie sprawi nikomu zawodu.

Dodaj komentarz