Spotlight. Zdrada – historia pewnego śledztwa

O czym jest ta książka?

O ile film „Spotlight”, inspirowany tą właśnie książką, opowiadał historię śledztwa przeprowadzonego przez bostońskich dziennikarzy, o tyle książka ukazuje całą sprawę w nieco innym świetle. Tutaj każdy z rozdziałów ma jakiś konkretny motyw przewodni, który łączy wszystkie zamieszczone w nim historie. Znajdziemy w niej raczej niewiele informacji o śledztwie, za to pojawia się wiele wątków, których w filmie nie było. Przyznam szczerze, że podczas lektury włos się na głowie jeży, kiedy cytowane są wypowiedzi zarówno ofiar, jak i księży, którzy nadużywali swoich przywilejów. Sam fakt, że przez tyle lat w kościele było milczące przyzwolenie na takie praktyki stawia pod znakiem zapytania prawdziwość i szczerość tego, czego naucza. Jedna z wypowiedzi z tej książki zapadła mi w pamięć szczególnie: „Oni mówią o Bogu, ale ja nie wiem o jakim Bogu oni mówią”.

Odnoszę czasem wrażenie, że chorobą, na którą cierpi najwięcej ludzi na świecie jest choroba autorytetów. Od wczesnego dzieciństwa wmawia się nam, że ludzie starsi od nas są mądrzejsi, wiedzą wszystko najlepiej. Wybitne jednostki, które potrafią przeforsować swoje zdanie i przy okazji zrobić to w ujmujący sposób, nagle stają się bożyszczami. Tak chętnie używane powiedzenie: „Uczeń przerósł mistrza”, dla mnie oznacza tylko tyle, że ten drugi miał bardziej otwarty umysł. Zrozumiał, że nie wszystko na tym świecie musi być takie, jakim mu się wydaje. Bądź jakim przedstawia to jego mistrz. Osoba, której teoretycznie może ufać bezgranicznie, on to bowiem ma być jego przewodnikiem po świecie. Często jednak bywa tak, że ci, którzy najgłośniej wyrażają swoje zdanie i mają o sobie największe mniemanie, po prostu się mylą, mało tego – nie potrafią przyznać się do błędu. Bo to oznaczałoby medialną porażkę, coś na co żaden autorytet nie może sobie pozwolić. Bo to mogłoby zasiać ziarno wątpliwości w umysłach potulnie słuchających go owieczek. A wtedy runąłby cały tak starannie pielęgnowany wizerunek. Na to w żadnym razie nie można sobie pozwolić. Bywa jednak i tak, że ta wiara we własną idealność przesłania im widok na przepaść, nad którą stoją. A upadek z niej jest bardzo bolesnym zaskoczeniem.

Na szczęście raz na jakiś czas pojawiają się niepokorni. Buntownicy, którzy potrząsają tymi wszystkimi skostniałymi w samouwielbieniu poglądami i pokazują ludziom, że każdy jest tylko człowiekiem i że każdy może się mylić. Mam czasem wrażenie, że gdyby nie tacy ludzie, to nadal siedzielibyśmy w jaskiniach i nie potrafili rozpalić ognia. I o ile w kwestiach naukowych takie podejście do własnej pracy i przekonań skutkuje co najwyżej tym, że pewne odkrycia zostają dokonane później nić mogłyby być, to w wielu przypadkach władza absolutna autorytetów prowadzi do tragedii. Takich, które zmieniają ludzi na całe życie. Skandal w kościele katolickim odkryty przez dziennikarzy The Boston Globe pokazuje jak bardzo ludzie autorytetom ufają i jak bardzo źle może się to dla nich skończyć. W żadnym wypadku nie chcę przez to powiedzieć, że rodzice tych dzieci są w jakiś sposób odpowiedzialni za krzywdę, która została im wyrządzona. Chcę tylko zwrócić uwagę jak bardzo przywiązuje się wagę do tego, czy ktoś wzbudza szacunek. Tak ciężko jest, chyba w każdej społeczności, pozbyć się sztywnych ram wychowania, które skazują nas na postrzeganie świata w jeden, określony już z góry sposób?

Kiedy jesteśmy dziećmi, najwyższym autorytetem dla nas powinni być i są nim rodzice. To oni w końcu uczą nas wszystkiego, co powinniśmy wiedzieć, aby dać sobie radę w początkowych latach życia. Niemniej jednak większość z nas w pewnym momencie, podczas dorastania, zaczyna podważać ich opinie i wiedzę o świecie. I prawidłowo, nikt bowiem nie wie wszystkiego ani, tym bardziej, nie może przeżyć życia za nas. Martwi mnie jednak fakt, że uwolniwszy się spod, czasem aż nazbyt, opiekuńczych skrzydeł rodziców wielu ludzi nie potrafi myśleć samodzielnie, zdając się na opinie innych. W przypadku katolików często jest to opinia kościoła czy nawet pojedynczych księży, którzy mają wielki wpływ na życie ludzi związanych z tą instytucją. Z niezrozumiałych dla mnie powodów jej przedstawiciele często bywają uważani za kogoś w rodzaju świętych, tak jakby sam fakt noszenia sutanny sprawiał, że są bliżej Boga. Mogę się tylko domyślać jak bardzo bolesny był upadek z tak wysokiego konia. Po skandalu w Bostonie w 2002 roku wielu ludzi odwróciło się od kościoła. Byli zranieni, zrozpaczeni, zagubieni. Przede wszystkim jednak czuli się oszukani. Ograbieni z wizji świata, jaką serwowano im od zawsze, z pokolenia na pokolenie tak samo. Okazało się, że to, w co wierzyli od zawsze, w co wierzyli ich rodzice, dziadkowie i pradziadkowie nie ma żadnego odzwierciedlenia w rzeczywistości. Że to wszystko było jednym wielkim oszustwem.

Dodaj komentarz