Świętokradcy – dziwny świat sowieckiej Rosji

Ogólnie lubię kryminały i pewnie mówiłam o tym na blogu z tysiąc razy, ale powtórzyć nie zaszkodzi. W każdym razie ten, który wpadł mi ostatnio w ręce (czyt.: wygrzebałam spod stosu innych książek opatrzonych łatką „do przeczytania”), czyli „Świętokradcy” Williama Ryana podobał mi się sam w sobie jako jeden z lepszych przedstawicieli gatunku, lecz jednocześnie coś mi w nim zgrzytało i dlatego mam nieco mieszane uczucia względem tej książki. W ogólnej ocenie mimo wszystko wypada na prawdę dobrze, zarówno pod względem treści, jak i stylu pisarza, więc jest dobrze. A o zgrzytach wspomnę za moment. Najpierw to, co dobre, a dopiero później krytyka.

„Świętokradcy” to ten typ kryminałów, które czyta się tak, jakby ktoś zaraz miał nam tę książkę odebrać. Wprost nie sposób się od tej książki oderwać i dla mnie było dość bolesne to czytanie z doskoku. Niemniej jednak i to ma swoje dobre strony, bowiem miałam czas „zatęsknić” za książką i w pewien sposób zastanowić się i poukładać sobie w głowie to, co do momentu przerwania lektury mi się objawiło. Ogólnie książka napisana przyjemnym stylem, który dobrze się czyta. Poza tym fabuła nie nudzi, jest odpowiednia dawka emocji oraz opisów rozlewu krwi, że chyba każdego przeciętnego czytelnika powinno to zadowolić. Niektóre momenty jedynie, szczególnie pod koniec lektury, były jakby nieco niedpracowane, ale w ogólnym rozrachunku książkę oceniam jako dobrą. Pod właściwie każdym względem.

No i nadszedł czas na nieprzyjemną część recenzji. Kiedy czyta się książki dotyczące Rosji czy innych państw leżących w naszym sąsiedztwie, które pisze pisze ktoś z zewnątrz, czyli zna te realia z książek, być może nigdy nie spotkał ludzi z tamtych czasów, którzy przeżyli do dzisiaj, nie ma korzeni, nie jest w jakiś sposób emocjonalnie związany z tym miejscem, to od razu rzuca się w oczy ten zgrzyt, o którym wspominałam wcześniej. To już nie jest to samo. Żeby porównać pozwolę sobie przypomnieć książkę „Ewangelia wg kata” autorstwa Arkadija i Gieorgija Wajnerów. Kiedy się przypomni jak oni opisywali tamte czasy, tamtych ludzi, układ władz, powiązania… Od razu wychodzi różnica pomiędzy jedną a drugą książką. Nie chcę do końca mówić, że to bardzo źle, jeśli ktoś zrobi to inaczej, ale dla mnie po prostu nie ma już tego klimatu. To były bardzo specyficzne czasy, które odcisnęły swoje piętno na wszystkim i wszystkich, którzy wtedy żyli. Tak więc trzeba chyba po prostu być stąd, by wczuć się w tę specyfikę i oddać ją na papierze. Inaczej wychodzi to raczej marnie i dość sztucznie. I ta nienaturalność jest chyba jedyną rzeczą, która sprawia, że odbiór „Świętokradców” nie jest tak dobry, jakbym sobie życzyła.

Dodaj komentarz