Szeptucha – co by było gdyby…

O czym jest ta książka?

Gosława Brzózka nie wierzy w żadne zamawianie ani leczenie ziółkami. Jest najbardziej racjonalną osobą, jaką możecie sobie wyobrazić. Jednak aby ukończyć studia medyczne i rozpocząć karierę lekarską musi odbyć praktyki u szeptuchy. Sam pomysł istnienia takiej profesji wydaje się jej niedorzeczny, jednak chcąc nie chcąc musi ten warunek spełnić i wyjeżdża do niewielkiej wioski Bieliny, aby tam odbyć praktyki. Ma nadzieję, że po prostu „odbębni” przykry obowiązek i wróci do swojego codziennego życia. Jednak bogowie mają dla niej małą niespodziankę. Jaką? Przekonajcie się sami.

Książki Katarzyny Bereniki Miszczuk czytam odkąd dotarłam do jej pierwszej powieści, „Wilk”. Potem przyszedł czas na resztę jej twórczości, którą pochłonęłam w kilka dni w całości. Od kilku lat nic o niej nie słyszałam, dlatego też kiedy zobaczyłam na półce księgarni „Szeptuchę” wiedziałam, że muszę to przeczytać. Może to trochę sentymentalne, tak się przywiązywać do jednego tylko autora, niemniej jednak jest to dla mnie rzecz wyjątkowa. Nigdy wcześniej, ani później z żadnym innym autorem nie miałam tak jak z nią właśnie. Z każdą przeczytaną jej książką widzę jak się rozwija jako autorka, jak sięga po co raz to nowe środki przekazywania czytelnikom tego, co jej tkwi w głowie. I ciągle gdzieś tam są jakieś wierzenia, magia, legendy, przesądy. Jednak w wykreowanych przez nią światach to zawsze wygląda tak naturalnie, że wcale nie odczuwa się tego jak jakiejś wielkiej zmiany. I to mi się właśnie podoba, że do każdej książki wchodzę jak do własnego domu i zawsze czuję się u siebie. Nie ważne, jak długo mnie nie było, zawsze czeka tam na mnie ktoś życzliwy z koszem niespodzianek.

U tej autorki nigdy nie można się nudzić. Każda kolejna książka, bądź seria to zupełnie nowy temat, nowy świat i bohaterowie. Nic tutaj nie zdarza się dwa razy. I to mi się właśnie podoba, że nie jest to tak typowe dla innych autorów trzymanie się utartych schematów i jednego, sprawdzonego gatunku. Moim zdaniem to dość wyjątkowa autorka, która pokazuje, że świetnie czuje się w każdego rodzaju powieści i nie boi się eksperymentów. A nam, czytelnikom, pozostaje jedynie patrzeć i podziwiać. Sama jestem osobą, która nie przywiązuje większej uwagi do tego, czy książka, którą czytam jest kryminałem czy powieścią erotyczną. Dla mnie książka ma być dobra, wnosić coś do mojego życia, rozbawić, cokolwiek. Jeśli wzbudza we mnie emocje, nawet te negatywne, jak złość czy chęć zamordowania któregoś z bohaterów, to wiem, że warto tę książkę przeczytać. I tak właśnie mam z książkami tej autorki. Po prostu nie potrafię przejść obok nich obojętnie. Zwłaszcza teraz, kiedy „Szeptuchą” pokazała jak bardzo rozwinęła się jako pisarka, jak umiejętnie potrafi tworzyć powieści, które po prostu chce się czytać.

O ile bowiem „Wilk” i „Wilczyca”, czy też nieco późniejsza trylogia diabelsko-anielska były powieściami skierowanymi do nastoletniej publiczności, tak najnowsza powieść mam wrażenie skierowana jest jednak do starszych czytelników. Ha, i teraz muszę się z tego stwierdzeni wytłumaczyć. Najlepiej będzie chyba na początek nadmienić, że powieść rozgrywa się we współczesnej Polsce, jednak zupełnie innej od tej, którą znamy. W alternatywnej rzeczywistości Mieszko nie przyjął chrztu, w wyniku czego ludzie nadal wierzą w słowiańskich bogów i obchodzą dość hucznie tradycyjne święta jak na przykład noc Kupały. Mało tego, krajem rządzi król. Na tyle skutecznie, że Polska jest państwem liczącym się na arenie międzynarodowej. I niby jest ten dobrobyt, niby wszystko pięknie. A ludzie i tak narzekają i zastanawiają się, co by było, gdyby jednak ten Mieszko przyjął chrzest… Z jednej strony to świetna satyra na polskie społeczeństwo, które chyba nigdy nie będzie zadowolone. Z drugiej – pewna nieścisłość, bowiem ta mentalność to raczej pozostałość po PRL-u, niż nasza z dawien dawna cecha narodowa. Niemniej jednak podoba mi się, że autorka w tak lekki sposób podchodzi do tematu i sprawnie operuje humorem.

Nie mogę się powstrzymać, więc będzie także słów kilka o głównej bohaterce. Gosława Brzózka, przez przyjaciół i w ogóle wszystkich zwana Gosią, jest tak typową „dziewczyną z wielkiego miasta”, że momentami jej zachowanie ociera się o absurd. I dzięki temu przerysowaniu właśnie podbiła moje serce. Jej postać jest wyrazista do tego stopnia, że można ją sobie wyobrazić ze wszystkimi szczegółami. Ale gdyby zapytać kilku różnych czytelników, zapewne każdy opisał by ją inaczej. Nie to jest jednak najważniejsze. Autorka bowiem daje nam przede wszystkim opis jej osobowości – poprzez relacje z innym, prywatne przemyślenia i wreszcie zachowanie. To wszystko składa się na osobę, która choć stworzona wyłącznie w głowie autorki i przelana na papier wydaje się być żywą istotą, którą możemy poznać, jakbyśmy mieli z nią do czynienia w realnym świecie. Szczerze mówiąc jestem zachwycona pomysłem i wykonaniem tej książki i z wielką niecierpliwością będę wypatrywać kolejnego tomu.

Dodaj komentarz