Szklane księgi porywaczy snów – sztuka manipulacji

Wydaje nam się, że nie tak łatwo przekonać ludzi, by zrobili coś, co w naszych oczach jest niewłaściwe, niemoralne, ogólnie nie do przyjęcia dla normalnego człowieka. W sumie nawet nie chodzi o łatwość! Sądzimy, że tego nie da się po prostu zrobić. I już. Ilu jednak jest ludzi, którzy z chęcią zrobią wszystko co się im każe, jeśli obiecać im spełnienie ich największych marzeń? Bo przecież i tacy ludzie są, nie zaprzeczajmy. Po bliższym przyjrzeniu się tematowi może się okazać, że są oni w większości, w przeciwieństwie do tego, czego byśmy oczekiwali. Ostatecznie, gdyby się dobrze zastanowić, jest bardzo wiele sposobów, na które można zmanipulować ludzi. Obietnicą, strachem, szantażem lub… sięgając po środki dotychczas leżące jedynie w sferze naszej wyobraźni. Nie trzeba ich nawet stosować na tych konkretnych ludziach, których zamierzamy zmanipulować. Wystarczy pokazać ich działanie na przykładzie. Któż bowiem nie chce zostać wyróżniony i zaproszony na pokaz, w którym mogą wziąć udział jedynie zaufani, godni tego, by zobaczyć tak niezwykłe eksperymenty. To czasem wydaje się przerażające dokąd mogą zaprowadzić nas nasze własne ambicje. I to właśnie one są podstawą do tego, by dać się zmanipulować. Lub by samemu zmanipulować kogoś innego.

Panna Celeste Temple zdaje się mieć w miarę poukładane życie. Nie tak dawno temu przypłynęła do Anglii ze swojej rodzinnej wyspy, na której mieszkała z ojcem, bowiem jej matka zmarła przy porodzie. Teraz mieszka w hotelu Boniface wraz z ciotką i służącymi. Jest zaręczona i zakochana w swoim przyszłym mężu. To wszystko zmienia się jednak, kiedy otrzymuje od ukochanego list, w którym ten zrywa zaręczyny. Na początku dziewczyna załamuje się tym faktem, później jednak postanawia działać. Mimo swej niewielkiej postury jest nieugięta i zamierza przeprowadzić prywatne śledztwo, aby dowiedzieć się prawdziwej przyczyny zerwania zaręczyn. Nie ma jednak pojęcia, że to, co miało być jedynie próbą docieczenia prawdy przerodzi się w wyczerpującą walkę z ludźmi, którzy nie cofną się przed niczym, byle tylko osiągnąć swój cel.

Seryjny morderca, zwany Changiem lub Kardynałem, to kolejna postać w tej powieści. To postać nieprzeciętna i bardzo wyrazista. Choć jest płatnym zabójcą, to jednak ma swoje zasady, jest też tylko człowiekiem i chcąc nie chcąc w końcu zakochuje się w jednej z dziewczyn, pracującej w burdelu, który odwiedza. Teraz jednak ma poważniejsze kłopoty na głowie: ktoś zabił człowieka, który miał zginąć z jego ręki. Co gorsza, nikt nie wie kto to zrobił. Człowiek, który go wynajął, by to zrobił nie do końca wierzy, że Kardynał nie wykonał swojego zadania, jednak gdyby było inaczej po co miałby informować przełożonego o nie wykonaniu zadania? Chang po rozmowie ze swoim zleceniodawcą zaczyna przeczuwać, że w tej sprawie nie wszystko jest takie, na jakie wygląda. Tym bardziej, że w swoim mieszkaniu zastaje obcego żołnierza, którego ewidentnie wysłano po to, by go zabić. Udaje mu się uciec, lecz to jeszcze nie koniec dziwnych wydarzeń, a wręcz przeciwnie, to dopiero początek.

Doktor Abelard Svenson zdaje się być mężczyzną dość… nieszkodliwym. Lecz nie jest on jedynie tym, za kogo biorą go inni: zamkniętym w sobie lekarzem osobistym księcia Macklenburga Karla-Horsta. To jego bada, kiedy zostaje wezwany przez innego członka poselstwa, wysłanego wraz z księciem, by dokonać zaślubin z Lydią Vandaariff. Po powrocie okazuje się, że dopiero co odzyskany z rąk niebezpiecznych szaleńców książę znów zniknął. Tym razem został porwany w dość dziwny sposób, ponieważ jedyne ślady pozostawione przez włamywaczy i samego Karla-Horsta prowadzą na dach. Tak więc kapitan jeszcze raz wyrusza w miasto, by szukać swego podopiecznego. Niespodziewanie te poszukiwania doprowadzą go do zupełnie innej osoby i tak zacznie się przygoda całej trójki bohaterów walczących z kliką możnych i wpływowych, którzy parają się niebezpiecznymi eksperymentami.

„Szklane księgi porywaczy snów” to książka tyleż ciekawa, co momentami nużąca. O ile trzy pierwsze rozdziały są napisane na prawdę sensownie i, rzeczywiście, to był świetny pomysł, by pokazać każdego z bohaterów z osobna, jego historię, osobowość i połączyć to wszystko w końcu razem, to jednak później takie zabiegi są raczej irytujące i nie wnoszą za wiele do samej fabuły. Mimo wszystko jednak, myślę, że to książka warta tego, by się za nią zabrać i przeczytać do samego końca. Choć czasem ciągnie się niemiłosiernie i irytuje powracaniem do tego samego momentu, lecz z perspektywy innego bohatera, o czym już wspomniałam, to jednak autor świetnie poradził sobie z połączeniem wielu gatunków w jedną spójną całość. Styl jakim się posługuje też zasługuję na pochwałę ze strony czytelnika, chociaż i on nie jest wolny od uchybień, które, niestety rzucają się w oczy. Ogólnie rzecz biorąc „Szklane księgi porywaczy snów” można uznać za całkiem niezły debiut, po który warto sięgnąć, jeśli ma się kilka, a raczej kilkanaście, wolnych wieczorów, bo to nie jest lektura ‚na jeden raz’. I to nie tylko ze względów objętościowych. Taka fabuła wymaga po prostu rozłożenia jej na kawałki.

Dodaj komentarz