T. M. Frazier: King – zgubiona tożsamość

O czym jest ta książka?

Doe nie ma pojęcia kim jest ani w jaki sposób znalazła się w jednym z bardziej niebezpiecznych miejsc w mieście. Oczywiście Doe również nie jest jej prawdziwym imieniem. Nadano je jej kiedy zgłosiła się do służb jako osoba zaginiona. Niestety, najwidoczniej nie ma żadnej rodziny ani znajomych. A jeśli ma, to najwidoczniej nawet nie próbują jej szukać. Zdana na pomoc narkomanki i prostytutki uznaje, że w końcu sama musi zacząć sprzedawać swoje ciało w zamian za opiekę gangu motocyklowego. Wraz z Nikki udaje się w więc na imprezę z okazji powrotu z więzienia jednego z najbardziej niebezpiecznych przestępców w mieście, Kinga. Żadne z nich nie ma pojęcia, że ich spotkanie zmieni tak wiele w życiu obojga.

Utrata wspomnień to dość niecodzienny motyw literacki, przynajmniej jeśli chodzi o romanse. Dlatego też uznałam, że lektura „Kinga” będzie dość odświeżająca. W końcu oprócz wątków miłosnych powinno się tu także znaleźć miejsce na rozwiązanie zagadki tego, kim jest Doe i co właściwie się jej przytrafiło. Poza tym, King jako przestępca, który właśnie wyszedł z więzienia zapowiadał się na dość ciekawą osobowość, której losy można śledzić w przyjemnością. Niestety, trochę się na tym wszystkim zawiodłam. Doe odkąd trafiła pod skrzydła Kinga była bardziej zainteresowana tym, co było między nimi niż odkrywaniem swojej tożsamości. On z kolei okazał się, może nie typowym zbirem, ale z pewnością facetem dość trudnym w obejściu. Trudnym, ponieważ z jednej strony doskonale zdaje sobie sprawę z uczuć do mieszkającej z nim dziewczyny, z drugiej zaś zachowuje się jakby ona nie znaczyła dla niego zupełnie nic. Nie ma się więc co dziwić, że w pewnym momencie Doe nieomal zgodziła się na odejście do jednego z członków gangu motocyklowego. Okej, on zdecydowanie ma być „tym złym”, ale w pewnych miejscach jest to niewskazane, a wręcz psuje całokształt tej książki. Miałam nadzieję, że akurat bohaterowie będą największym atutem tej książki, ale okazało się, że najbardziej podobali mi się ci poboczni, którzy nie brali udziału w głównym wątku.

Powieść sama w sobie nie jest taka zła. To raczej kwestia pewnego niedopracowania wątków, ale i postaci. Największym jej atutem zaś jest język. Chociaż kiedy King zwraca się do Doe per „zwierzaczku”… Brzmi to co najmniej dziwnie, a już na pewno infantylnie. Mam trochę wrażanie, że autorka miała fajny pomysł na tę powieść, ale nie potrafiła go rozwinąć. Bo ten motyw z utratą pamięci, a właściwie to tożsamości przez Doe był na prawdę dobry. Można to było wykorzystać do napisania świetnej historii. A autorka zmusiła tę dziewczynę, główną bohaterkę!, do odegrania roli zakochanej panienki. Doe na początku tej historii była niezła. Obudziła się na ulicy z wielką pustką w głowie, musiała radzić sobie właściwie całkiem sama. I jakoś dawała radę! nawet starała się, żeby jej życie, to nowe życie, nie było całkiem zmarnowane. Jasne, chciała stać się dziwką gangu motocyklowego, ale trzeba też zrozumieć, że jej egzystencja nie była usłana różami. A w takiej sytuacji każdy chwytałby się najgorszych rzeczy byle tylko przeżyć. Nie była może bohaterką, którą dałoby się nazwać „twardą sztuką”, ale też i nie była księżniczką, oczekującą biernie na swojego rycerza na białym koniu. A odkąd zamieszkała z Kingiem – tak jakby cała jej wola walki zniknęła. Dostała jedzenie, czyste ubrania i dach nad głową, a w pakiecie zarozumiałego faceta, który udawał, że nic do niej nie czuje i że ma gdzieś jej uczucia. I w tym momencie chyba zaczęło jej się wydawać, że tak już będzie zawsze. Że to poprzednie życie już się nie liczy i nie ma nawet sensu zadawać sobie trudu, by odkryć, kim była wcześniej. Jakby powiedziała sobie, po co mam cokolwiek robić, skoro teraz jest mi dobrze. Zdecydowanie nie tego się spodziewałam.

Ogólnie rzecz biorąc „King” to książka mocno średnia. Nie wyróżnia się niczym specjalnym ani na plus ani na minus. Ot, taka książka do przeczytania w słoneczny letni dzień, kiedy chcemy po prostu odpocząć i w ramach rozrywki wybieramy jakąś lekką lekturę, od której nie oczekujemy zbyt wiele. Wiem, że ukazała się również kontynuacja „Kinga”, jednak nie jestem pewna, czy będę chciała ją przeczytać. Z jednej strony muszę przyznać, że ciągnie mnie do tego, ponieważ autorka pozostawiła otwarty całkiem spory wątek na końcu książki, wobec czego moja czytelnicza dusza domaga się zaspokojenia ciekawości. Z drugiej zaś strony nie wiem, czy mam ochotę na ponowne spotkanie z tymi bohaterami. Wydarzenia kończące tę powieść mogą mieć dość niefortunne konsekwencje w przyszłości. Obawiam się, że mogłoby mi się nie spodobać to, co zastanę w kontynuacji. Tak więc jeszcze nie wiem, czy sięgnę po „Tyrana”. Być może, kiedy już trochę ochłonę po lekturze „Kinga”

  • Fabuła
  • Kreacje postaci
  • Język
3

Podsumowując:

Lekka, przyjemna lektura w sam raz na wolny dzień.

Dodaj komentarz