Tak blisko… – harlequin we współczesnym wydaniu

Kiedy zaczynałam czytać tę książkę, robiłam to z myślą, że to po prostu kolejne zwykłe romansidło, które może ma w sobie coś więcej niż przeciętny przedstawiciel gatunku. Jakież więc było moje zdumienie, kiedy pod koniec uświadomiłam sobie, że to co właśnie przeczytałam to był najzwyklejszy w świecie harlequin. I chociaż dawno minął już okres, w którym czytałam tego typu książki, to jednak ta miała w sobie coś, co mnie przyciągnęło i pochłonęło bez reszty. Skłaniałabym się ku twierdzeniu, że tym czymś była po prostu chęć zatarcia złego wrażenia po przeczytaniu „Ciemniejszej strony Greya”. To trzeba powiedzieć wprost: „Tak blisko…” stało się balsamem na moje biedne oczy. Prawdopodobnie dlatego, że ta autorka napisała o seksie z dużym wyczuciem. Stworzyła też postaci, które jak na harlequina, prezentują się aż nadto dobrze. Zarówno te główne, jak i epizodyczne, które odegrały niemałą rolę w całym toku historii rozgrywającej się pomiędzy dwojgiem zakochanych. Może to mnie właśnie zmyliło, że bohaterowie jakoś nie byli zbytnio sztampowi, jakby byli wycięci z szablonu zarezerwowanego dla jednego typu twórczości literackiej.

Niestety, fabuła nie jest już tak nieoczywista czy nieszablonowa. Są zwyczajowe zawirowania i problemy, które młodzi muszą pokonać, by móc być razem. Nie obeszło się więc bez ratowania z opresji, kłamstw i grzebania w cudzym życiu bez pozwolenia. Mimo tego, całość czytało się bardzo lekko i przyjemnie. Nawet fakt, że całość była nieco przewidywalna, jakoś znacząco nie zaszkodził tej książce i odbiera się ją na prawdę dobrze. Do tej pory sądziłam, że te nowsze harlequiny, wydane już po 2000 roku, są kiepskie. Jak widać myliłam się, bo i w tych można trafić na kawałek dobrej literatury. Dobrej dlatego, że pisarka opowiada tę historię w nowy sposób, choć wydawałoby się, że w tej kwestii już wszystko zostało powiedziane. Ona jednak znalazła swoją furtkę i chwała jej za to. Przynajmniej pisze w sposób, który chce się czytać.

Skoro to harlequin, trzeba rzec słów kilka o tym co tam nieodmiennie występuje: o scenach erotycznych. Otóż nie ma ich zbyt wiele i to jest wielki plus książki. Na prawdę. Po tym przesycie seksu w innych tego typu opowieściach, to jest jakby wywrócić wszystko do góry nogami i powiedzieć, że mniej znaczy więcej. Autorka operuje językiem w taki sposób, że te dwa czy trzy obrazy, które pozwala zobaczyć czytelnikowi to już jest bardzo dużo. Zamiast mówić o wszystkim wprost i dosłownie, sceny zbliżeń opisuje w taki sposób, by raczej pobudzić wyobraźnię czytelnika, niż podawać mu wszystko gotowe na tacy i to jest jedna z wielkich zalet jej stylu.

Książkę mogę śmiało polecić wszystkim, którzy lubią sobie poczytać historie miłosne z happy endem. Jeśli nie podobał Ci się Grey, to ta książka jest czymś, co warto sobie przeczytać zamiast tego. Scen erotycznych jest zdecydowanie mniej, jednak opisane są o niebo lepiej, co sprawia, że wcale nie ma potrzeby aby było ich więcej. Polecam, bo pomimo całej sztampowości gatunku, książka jest na prawdę dobra.

Dodaj komentarz