Upadła świątynia – nic fajnego w podróbkach

O czym jest ta książka?

Grupa śmiałków, który nie boją się niczego odważnie rusza na niebezpieczną misję…. A nie, wróć. Przecież to jakaś zbieranina ludzi, którzy nie mają ze sobą nic wspólnego. I wcale nie są odważni, nie mówiąc już o tym, żeby byli dobrze uzbrojeni czy wyszkoleni. Każdy z nich ma swój własny świat i własne kredki, więc kiedy w sumie nie wiadomo dlaczego mają gdzieś wyruszyć razem, wszyscy doskonale wiedzą, że to i tak się nie uda. Mimo to idą. I co? I jest dokładnie tak, jak zostało przewidziane. Wszystko rozsypuje się jeszcze w drodze, więc ciężko powiedzieć, że misja zakończona sukcesem. Tak do końca to w sumie nawet nie wiadomo, co tam się stało. Chyba oni sami też nie wiedzą. Cóż, tak to już bywa z tymi zakończeniami.

„Metro 2033” przeczytałam w całości. Następną część porzuciłam mniej więcej po przeczytaniu jednej trzeciej. Ostatniego tomu wolałam w ogóle nie ruszać. Szczere mówiąc nie wiem, nad czym się w tej książce rozpływać. Owszem, autor miał całkiem fajny pomysł na klimat tej książki pod względem zagonienia ludzi do metra i całej tej niemalże nabożnej otoczki wokół niego. Natomiast fabuła kompletnie mnie do siebie nie przekonuje. Tak samo jest i w przypadku „Upadłej świątyni”, która jest przedmiotem dzisiejszej recenzji. Mało tego, trudno nie zauważyć wielkiego podobieństwa tuneli metra, jakie odmalowuje nam Dmitry Glukhovsky, do tych z książki Dominiki Węcławek. Nawet stacja WOGN się jej gdzieś zaplątała. Rozumiem inspirowanie się czyjąś twórczością i pisanie swoich utworów pod jej wpływem, ale to, jak dla mnie, wykracza już poza zwykłe inspirowanie się. Szkoda tylko, że do tej inspiracji wykorzystała tak kiepskie źródło. Gdyby nie to, jej książka może też byłaby lepsza.

Przejdę zatem do wyjaśnienia, dlaczego uważam, że to jest zła książka. Po pierwsze dlatego, że jest źle napisana. Nigdy nie komentuję w recenzjach literówek czy tym podobnych błędów, które zdarzają się wszędzie, tym bardziej, że zdaję sobie sprawę, że to egzemplarz recenzencki, przed korektą itd. Niemniej jednak wydaje mi się, że nikt, nawet egzemplarza recenzenckiego, nie wypuściłby książki, w której brakuje znaków interpunkcyjnych wyznaczających dialogi. A tak właśnie wygląda połowa tej powieści. Jakby ktoś specjalnie je pousuwał. W pewnym momencie czytelnik nie ma pojęcia co się dzieje. Narracja przeskakuje z jednej osoby na drugą, nie jest to oznaczone jako dialog ani nic. W jednym akapicie ktoś coś myśli/mówi (trudno zgadnąć) nie kończąc wątku i nagle przeskakujemy do następnej osoby. Ta książka jest po prostu straszliwie niedopracowana. Aż mi się nie chce po prostu wierzyć, że Fabryka Słów wypuściła coś takiego. A jeszcze bardziej dziwi słuchanie pochlebnych recenzji. Ale gust jest jak wiadomo co, każdy ma swój. Ja tam nie widzę powodów, żeby cokolwiek chwalić.

A już szczytem żartu z odbiorcy to jest fabuła w tej książce. Nie spodziewałam się, że kiedyś to powiem, ale nawet się ucieszyłam, że przeczytałam wcześniej to całe „Metro”. No po prostu nie rozumiem tu czegoś. Czy już na prawdę nie można samemu niczego wymyślić? Trzeba wszystko czerpać od innych? Ani to fair w stosunku do czytelników, ani nawet do samego siebie jako autora. W końcu jesteśmy w tunelach metra pod Warszawą czy pod Moskwą? Bo szczerze, to można by się pomylić, gdyby bohaterowie nie wymienili takich nazw jak Wilanów czy Ursynów. Swoją drogą to nawet nie zauważyłam, kiedy wulgaryzmy stały się środkiem „artystycznego przekazu”. Chyba, bo nie widzę za bardzo innego wytłumaczenia dla umieszczenia ich tylu na tak małej powierzchni, jaką są dwa opowiadania, niejako bonusowo dołączone do powieści. Trochę mi smutno patrzeć na to, że wydawnictwo takie jak Fabryka pozwoliło sobie na coś takiego. Nie polecam czytania tej książki. Można dostać raka.

Dodaj komentarz