Uwikłani. Pokusa – niebezpieczna miłość

O czym jest ta książka?

Alayna Withers to nie tylko ładna, ale również niezwykle inteligenta młoda kobieta. Pracuje w nocnym klubie przy barze, jednocześnie studiując. Ponieważ chce na dłużej związać się z klubem i właśnie uzyskała dyplom potwierdzający jej marketingowe zdolności, dostała propozycję zostania menadżerką. Wszystko jednak staje pod znakiem zapytania z powodu zmiany właściciela klubu. Przygotowana na różne zmiany Alayna nie spodziewa się jednak, że jej nowy szef złoży jej nietypową propozycję. I że nie będzie mu w stanie odmówić, pomimo problemów w przeszłości. Coś, co miało być zwykłą transakcją, nagle okazuje się dla niej niewystarczające. Czy jednak i on pragnie tego samego?

Zdumiewa mnie to, jak bardzo jedna książka może przyczynić się do upadku całego gatunku w oczach ludzi. Trylogia z Greyem i jego niezdarną dziewczyną w roli głównej zrobiła taki czarny PR całej erotyce, że teraz już wszystko z tego gatunku jest oceniane jako szmira niegodna uwagi. Przyznaję się, że czasem też tak sobie pomyślę, kiedy wpadnie mi w ręce jakaś książka, otwieram ją na chybił trafił i czytam te napisane kiepskim językiem pseudoerotyki. Ale pośród całego tego chłamu można jeszcze czasem trafić na coś naprawdę ciekawego. Napisanego z pomysłem. Gdzie bohaterowie robią coś poza uprawianiem seksu 24/7. I gdzie te seksualne sceny nie są wulgarne, a wręcz przeciwnie: napisane z klasą. Taka właśnie jest trylogia „Uwikłani”, o której pierwszym tomie jest dzisiejszy wpis. Nie powiem, że jest to powieść idealna czy też arcydzieło. Niemniej jednak spodobała mi się i muszę przyznać, że nawet wciągnęłam się w perypetie tych dwojga, sympatycznych skądinąd, bohaterów. Póki co mam za sobą dwie części i ostrzę sobie zęby na trzecią i ostatnią. Muszę też przyznać, że jestem bardzo mile zaskoczona tym, na jakim poziomie literackim jest każda z części.

Schemat całej historii jest dość znany, by nie powiedzieć oklepany. Jak widać w dzisiejszych czasach panie chcą czytać opowiedzianą na nowo historię Kopciuszka, w którym zakochuje się, jakżeby inaczej, bajecznie bogaty i nieziemsko przystojny książę. W naszym przypadku wystarczy zamienić księcia na multimiliardera i już wszystko pasuje. Nie dajmy się jednak zwieść tej pozornej idylli. Nic tak bowiem nie działa na wyobraźnię jak trudności, jakie muszą pokonać bohaterowie, aby w końcu móc w spokoju cieszyć się sobą i swoim szczęściem do końca życia (więcej o happy endach tutaj). I tu właśnie zaczyna się właściwa część naszej opowieści. W tej pierwszej części, otwierającej całą trylogię, dowiadujemy się bowiem, że życie obojga naszych bohaterów nie było niestety usłane różami. Ktoś mógłby powiedzieć, że skoro oboje miewali wcześniej problemy, to tym bardziej nie powinni ze sobą być. Niestety, serce nie sługa, więc musiało się to skończyć w taki, a nie inny sposób. Tym bardziej, że już od pierwszego spotkania widać było, że coś między nimi iskrzy. Potem to już można tylko kibicować im, żeby udało mi się jakoś przez to wszystko przejść. Najlepiej razem i w jednym kawałku, bo inaczej co to byłaby za historia?

Przy ocenianiu tej książki zastanawiałam się nad zmianą kategorii „Język” na „Tłumaczenie”. Przede wszystkim dlatego, że wydaje mi się to oskarżaniem autora o jakąś koślawość czy nieudolność, a podejrzewam, że to niestety niedostatki naszego ojczystego języka raczej wpływają na całokształt w tym względzie. I to wpływają dość niekorzystnie, dodajmy. Mam w planach przeczytanie książki w oryginale, więc być może w tym miejscu wpis jeszcze ulegnie zmianie, chwilowo jednak piszę o tym, co mam tu i teraz. Uważam, że sceny erotyczne w polskim tłumaczeniu brzmią koszmarnie. To jest okropność jak bardzo nasz język jest ubogi pod względem różnych erotycznych określeń. Albo są zbyt wulgarne, aby używać ich w takiej powieści, albo też brzmią niesamowicie infantylnie, co sprawia, że cały urok tej książki, która bądź co bądź właśnie ma być bardzo erotyczna, gdzieś się ulatnia i rozmywa przez tę walkę z językowymi potykaczami. Jeszcze gdyby to były pojedyncze wyrażenia, ale tutaj padają nieraz całe okołoseksualne dialogi. Zepsute drażniącymi zwrotami, które po prostu nie powinny się wydarzyć. Nie przeraża mnie tak bardzo wykorzystywanie słów dosadnych, często nadużywanych jako przekleństwa, jak właśnie ta infantylność i nieporadność słów, których z braku lepszych używać trzeba. Brzmi to jak rozmowa z dzieckiem o pszczółkach i kwiatkach. Na szczęście w drugim tomie, o którym niedługo także napiszę, jest już tego mniej. Pozostaje mieć nadzieję, że w ostatnim będzie jeszcze lepiej.

Dodaj komentarz