Wampir z M3 – satyra na wampira

Jesteś fanką (fanem?!) serii „Zmierzch”? Pod żadnym pozorem nie czytaj tej książki. Możesz nawet odpuścić sobie dalszą część tego tekstu, jeśli nie chcesz dowiedzieć się o wampirach czego wolałabyś nie wiedzieć. Dobrze radzę. Po tym krótkim wstępie mam zaszczyt przedstawić dzisiaj książkę Andrzeja Pilipiuka „Wampir z M-3”. Muszę też na początku przyznać, że się nią rozczarowałam. Dlaczego? O tym w dalszej części wpisu.

Wraz z autorem przenosimy się w piękne czasy PRL-u. Wiadomo społeczeństwo ateistyczne, wszelkie zabobony surowo zabronione. I skąd tu wampir? I to w M-3? Co by na to powiedział towarzysz Pierwszy?! A jednak. Wampiry istnieją, o czym na własnej skórze ma szansę przekonać się niejaka Małgorzata Brona. Czy też Małgorzata hrabina Bronawska, jak kto woli. Przez przypadek dowiaduje się, że jej chłopak, Konrad, jest z nią tylko dlatego, że ma nadzieję wykorzystać znajomości teścia by zdobyć paszport na Zachód. Zrozpaczona dziewczyna decyduje się na drastyczny krok: postanawia się powiesić. Mija kilka miesięcy, o czym dziewczyna nie ma oczywiście pojęcia, i budzi się w jakimś dziwnym ciemnym miejscu. Dochodzi do wniosku, i słusznie, że ktoś zamknął ją w trumnie stojącej w piwnicy jej rodzinnego domu. Tym większy szok przeżywa, kiedy okazuje się, że nie tylko nie jest u siebie w domu, ale jej własna rodzina chce ją zastrzelić i szykuje na nią czosnek… Na szczęście w odpowiednim momencie zjawia się Marek, wampir-ślusarz, znany w niektórych kręgach także jako Wieczny Robol. I tak pokrótce przedstawia się historia młodej wampirzycy. Reszta książki sprawia wrażenie luźno ze sobą powiązanych opowiadań o tych samych bohaterach. Tak więc walczą oni z systemem, który próbuje dosięgnąć ich za pomocą brata Małgosi, pomagają egipskiej ożywionej mumii i starają się w miarę możliwości normalnie egzystować w tych trudnych czasach.

Tym razem Pilipiuk nie zachwyca. Nie wiem czy to chwilowy spadek formy, czy po prostu temu autorowi nie wychodzą książki, które nie należą do serii o Jakubie Wędrowyczu, w każdym razie nie polecam zaczynania zapoznawania się z tym pisarzem od tej akurat pozycji. Można tu co prawda odnaleźć ślady tego prześmiewczego humoru, za który tak kocham polską fantastykę, ale to nie zaciera przykrego wrażenia, że książka jest niedopracowana. Brakuje tego porywającego stylu, którym napisane były inne pozycje tego autora. Poczytać można nawet fajnie, ot, takie poczytadło na to, żeby się na chwilę rozerwać. I tyle. Nic ponad to.

Dodaj komentarz