Whitney G.: Turbulencja – miłość w chmurach

O czym jest ta książka?

Kiedy Gillian rozstaje się ze swoim dotychczasowym chłopakiem, współlokatorka namawia ją na znalezienie sobie faceta na jedną noc. Takiego, który pozwoli jej zapomnieć o byłym, a sam już nigdy więcej nie pojawi się w jej życiu. W tym celu wysyła ją na zamkniętą imprezę na dachu. Tam Gillian spotyka niezwykle przystojnego Jake’a. Nie zastanawiając się zbyt długo, para postanawia spędzić z sobą noc. Jakie jest zdziwienie obojga, kiedy okazuje się, że Gillian przyprowadziła Jake’a do… jego własnego apartamentu. Choć początkowo mężczyzna zamierza po prostu wyrzucić ją ze swojego mieszkania, ostatecznie i tak kończą uprawiając seks. Na tym ich znajomość ma się zakończyć, co oboje przyjmują jako pewnik. Jakie jest więc zdziwienie Gillian, kiedy niedługo potem spotyka Jake’a na lotnisku. Okazuje się, że jest on pilotem w tych samych liniach lotniczych, dla których Gillian pracuje jako stewardessa. Choć związki pomiędzy pracownikami są ściśle zabronione, decydują się podjąć tę ryzykowną grę. Czysty seks, zero zobowiązań. Jak długo jednak uda im się utrzymywać taki stan rzeczy?

Jeśli zbyt długo czyta się książki z jednego gatunku, w końcu zaczyna się mieć poczucie, że wszystkie wyglądają tak samo. Na szczęście Whitney G. udało się tego uniknąć. Jasne, mamy tutaj skomplikowaną sytuację między kobietą i mężczyzną, co do której mamy wszelkie prawo podejrzewać, że skończy się happy endem. Tym, co zdecydowanie wyróżnia powieść „Turbulencje” jest warsztat pisarski autorki. Chyba po raz pierwszy spotykam się z książką erotyczną, w której sceny seksu są potraktowane niemalże marginalnie. Owszem, są wplecione w fabułę i stanowią jej nieodłączną całość, natomiast udało się dokonać tego w tak nienachalny sposób, że nie ma się wrażenia, że autorka usiłując zapełnić czymś strony upycha je tam na siłę. Jej doskonałą bronią jest także poczucie humoru, które wykorzystuje bardzo mądrze. Balansuje na cienkiej granicy pomiędzy dobrą zabawą a brakiem smaku i wychodzi jej to bardzo dobrze. Muszę przyznać, że dawno się tak dobrze nie bawiłam czytając książkę. „Turbulencja” to była prawdziwa czytelnicza przyjemność. Aż żałuję, że przeczytałam ją tak szybko. Śledząc przygody Gillian i Jake’a można oderwać się od otaczającej nas codzienności na kilka przyjemnie długich godzin i zupełnie nie zauważyć upływającego czasu. To jedna z tych par, które lubi się od pierwszego wejrzenia i aż do samego końca kibicuje się spełnieniu ich związku.

„Turbulencja” ma też inną, całkiem sporą, zaletę. Otóż narracja jest prowadzona zarówno z punktu widzenia Gillian, jak i Jake’a. Uwielbiam wprost takie książki! Dla mnie to najlepszy możliwy sposób prowadzenia fabuły. Wtedy ma się wgląd w to, co obie strony myślą i czują, zawsze też to drugie zostawia pewne ślady, których obecność pozwala lepiej zrozumieć pewne sytuacje czy zachowania. Tak więc jak dla mnie to wielki, wielki plus. Skądinąd podoba mi się to również ze względu na to, że Jake jest obdarzony dość ciekawą osobowością. I poznawanie go tylko przez spojrzenie Gillian zdecydowanie spłaszczyłoby jego postać. A, bądź co bądź, jest jednym z dójki głównych bohaterów. Tak więc dobrze się stało, że autorka zdecydowała się na takie właśnie rozwiązanie. Jak łatwo się domyślić już z samego tytułu i okładki powieści, oboje związani są z branżą lotniczą. Co także dodaje swoistego smaczku powieści. Nie dość, że mają ciekawą pracę, to jeszcze ich związek wiąże się z ryzykiem ze względu na to, że bliższe kontakty pomiędzy pracownikami ich firmy są zakazane. Ponadto spotykać się mogą jedynie w hotelach i na lotniskach w momencie, kiedy przebywają oboje jednocześnie w tym samym miejscu. Taki trochę romans wbrew wszystkim i wszystkiemu, nawet wbrew sobie w przypadku Jake’a. Bo on wcale nie chce od Gillian czegokolwiek więcej niż seksu. To ona nalega na to, żeby z nim rozmawiać. Na to, żeby ich spotkania były czymś więcej niż zaspokajaniem najprostszych potrzeb. Nawet nie dlatego, że się w nim zakochała, przynajmniej nie na początku. Wyłącznie dla swojego komfortu psychicznego. Także Gillian zaczyna do niego dzwonić na ‚nocne pogaduszki’, w najmniejszym stopniu nie odpowiadające zasadom, które ustanowili na samym początku tego przedziwnego związku. I, choć nie ma o tym pojęcia, to właśnie tą swoją otwartością i szczerością podbije serce Jake’a.

Muszę przyznać, że książka „Turbulencja” spodobała mi się głównie dlatego, że w pewnym stopniu przełamuje stereotypy, jakie przypisuje się książkom z kategorii ‚erotyka’. Tym, co najbardziej rzuca się w oczy, jest właśnie brak nachalności w scenach seksu, o czym już wspominałam na początku. Niby jest to coś, co powinno być standardem, ale jednak dopiero po przeczytaniu takiej książki, jak powieść Whitney G. da się to dostrzec. Od razu rzuca się w oczy, że fabuła jest poprowadzona w zupełnie inny sposób. Nie skupia się na ‚przetrwaniu’ od jednej sceny seksualnej do następnej. Są one raczej delikatnie wkomponowane w całość, zawsze w odpowiednio wyważonym momencie. Szczerze, czytanie tej książki to czysta przyjemność. Po drugie autorka wyrzuciła na śmietnik nieomal tradycyjny już archetyp bogatego przystojniaka i próbującej mu dorównać kobiety. Jakie to było odświeżające: nie tylko główny bohater płci męskiej nie epatował swoim bogactwem (a mógłby, bo miał czym), ale na dodatek nie był nadmiernie kontrolujący czy przesadnie zaborczy. Jasne, jest zazdrosny, ale w granicach rozsądku. Ten luz, muszę przyznać, bardzo mi się w tej książce podobał. To było coś, czego zdecydowanie w innych powieściach tego typu jest aż a nadmiarze. Dotarły już do mnie dwie kolejne powieści Whitney G. z cyklu „Domniemanie niewinności” i nie mogę się już doczekać, żeby znaleźć czas na przeczytanie ich. Ale z pewnością postaram się to zrobić w najbliższym czasie, bo autorka zrobiła na mnie bardzo duże wrażenie.

Dodaj komentarz