Wirus Judasza – świeże spojrzenie na utarte schematy

Sięgając po książkę typu „Kod Leonarda da Vinci” właściwie mamy w głowie całą już akcję opracowaną, jakbyśmy to my byli autorami tej książki. Cóż bowiem można w literaturze tego gatunku zmienić lub udziwnić? Zdaje się nam, że wszystko to już było i wciąż powtarza się to samo: zagadki, pułapki, mieszające się ze sobą przeszłość i teraźniejszość, walka „tych dobrych” przeciwko „tym złym”. Jednak czytając „Wirus Judasza” autorstwa Jamesa Rollinsa można zostać przyjemnie zaskoczonym, przynajmniej pod koniec książki, a to już coś. : )

Początek jest sielankowy. Tu jakaś impreza, tam małżeństwo na jachcie. Jednak po chwili atmosfera zmienia się o 180 stopni. U państwa Pierce’ów na scenę wkracza agentka Gildii, Seichan, natomiast małżeństwo odkrywa zabójczą tajemnicę wód, w których przed chwilą pływali… Od tej chwili zaczyna się wyścig z czasem. Po śladach Marco Polo i jego wyprawy powrotnej z kraju chana Kubilaja podążają Gray Pierce, Seichan i Kowalski, a w Istambule przyłącza się do nich monsignore Verona. Razem muszą rozwikłać zagadkę trzech paitzu, po to, aby zdobyć lekarstwo na straszliwą chorobę rozprzestrzeniającą się w zastraszającym tempie. Jednak stawką w tej rozgrywce jest także życie i zdrowie rodziców komandora…

Gildia, aby zdobyć odpowiedź na pytanie jakie jest antidotum na chorobę wywoływaną wirusem Judasza podąża dwoma ścieżkami: historyczną i naukową. Kiedy obie schodzą się w jednym punkcie rozpoczyna się, moim zdaniem, najciekawsza część tej powieści. Szkoda, bo kiedy docieramy do tego momentu okazuje się, że książka za chwilę się skończy. I o ile właśnie większość fabuły jest łatwa do przewidzenia i na prawdę bardzo schematyczna, to końcówka zasługuje na pełne uznanie, gdyż jest, jak na książki z tego gatunku, dość zaskakująca i obfituje w różne dziwne wydarzenia.

Dodaj komentarz