Wirus – powieść katastroficzna

O czym jest ta książka?

Na lotnisku JFK w Nowym Jorku ląduje samolot pasażerski z Berlina. Od chwili wylądowania na płycie lotniska nie ma z nim kontaktu radiowego. Żadnego innego w sumie też nie. Światła są zgaszone, rolety w oknach zaciągnięte. Nie stwierdzono żadnych oznak życia. W związku z możliwym zagrożeniem epidemiologicznym w stan gotowości zostają postawieni Ephraim Goodweather oraz jego zawodowa partnerka Nora. Jak się okazuje tylko cztery osoby przeżyły ten dziwny lot, niemniej przyczyna śmierci pozostałych jest nieznana. Cała zabawa rozpoczyna się jednak dopiero w chwili, kiedy okazuje się, że wszystkie ciała pasażerów tego feralnego lotu znikły w jednym czasie z kostnicy…

Wydaje mi się, że zakwalifikowanie „Wirusa” jako horroru jest błędne. Specjalnie na potrzeby tej książki powinien zostać stworzony nowy gatunek: powieść katastroficzna z elementami fantastyki. Na pewno wszyscy znacie ten typ filmów, w których jakiś dawno zdyskredytowany naukowiec nagle odkrywa, że nadciąga jakaś super-katastrofa. Nie ważne czy to będzie tornado, trzęsienie ziemi czy inne tsunami. Schemat zawsze jest ten sam. Nikt mu nie wierzy, więc musi sam stawić czoła temu, co ma się wydarzyć. A nie, przepraszam, nie jest taki całkiem sam. Zawsze ma przecież do pomocy jakąś cudnej urody asystentkę, która go we wszystkim wspiera. Brakuje tylko „…i żyli długo i szczęśliwie wychowując siódemkę dzieci” na koniec. I „Wirus” właśnie został napisany w bardzo podobnym stylu. Co prawda tutaj nasz naukowiec na początku jest bardzo poważanym doktorem, jednakże w wyniku spisu przeciwko niemu (sic!) staje się zbiegiem poszukiwanym przez różne dziwne instytucje państwowe. Ale że ludzie, którzy tam pracują są niezwykle nierozgarnięci, doktorek biega sobie po całym mieście i nikt nawet nie próbuje go zatrzymać. Wszedł sobie nawet do szpitala odbijając swoją własną kartę przy wejściu. To dopiero magik. Mógłby zawstydzić samego Houdiniego.

Nawet nie chciałam pisać tej recenzji, ale książka, czy raczej jej zakończenie, mnie do tego zmusiła. Od początku lektury miałam wrażenie, że ta powieść napisana jest bardziej jak scenariusz filmowy niż jak klasyczna literatura. No ale nic, myślę sobie, że przecież trzeba w życiu próbować nowych rzeczy. Taaak, myślałam tak, dopóki nie przeczytałam najbardziej komercyjnego i najbardziej wyreżyserowanego zakończenia książki, jakie zdarzyło mi się czytać. Nie będę tutaj spojlerować i opowiadać, co takiego się stało. Niech wystarczy wam sam fakt tego, że była to scena naciągnięta do granic możliwości, byleby tylko zostawić otwarte zakończenie, które usprawiedliwiałoby kontynuowanie trylogii. Jak dla mnie to mogli od razu nakręcić film. Ale wszyscy wiemy o co chodzi. Nie czytelnik jest tutaj najważniejszy jako odbiorca, ale jako konsument, który płaci za wątpliwą przyjemność przeczytania, a potem obejrzenia jeszcze raz tego samego na ekranie. Jasne, każdy musi jakoś zarabiać na życie i pisanie to też jest sposób na to. Ale błagam, trochę szacunku dla czytelnika. Przynajmniej tego, który patrzy uważnie także na wnętrze książki, nie tylko na okładkę.

To mogłaby być nawet dobra książka. I wcale nie dziwię się ludziom, którym się ona bardzo podoba. Ja jednak poczułam się nieco oszukana. Oczekiwałam czegoś bardziej ambitnego, a spotkało mnie nieliche rozczarowanie. Swoją drogą myślę sobie też, że ten, kto pisał tekst na okładkę trochę wszedł w paradę autorom, którzy bardzo się starali nie ujawnić zbyt wcześnie co to jest ten cały wirus. Polskie tłumaczenie tytułu ma się nijak do wersji oryginalnej, niemniej dobrze oddaje ducha książki. Może powinnam raczej powiedzieć scenariusza filmowego w formie książki. Rozumiem, że potrzeba powstawania nowych form, aby to wszystko mogło się rozwijać, choć może się wydawać, że jestem okropną purystką książkową i nie akceptuję niczego, co odbiega od normy. Jestem w stanie tę potrzebę zrozumieć i przyjąć do wiadomości jej istnieje, niemniej jednak kiedy będę miała ochotę obejrzeć film to pójdę do kina albo włączę telewizor. I bardzo proszę, nie mieszajmy w to książek.

1 komentarz

  1. Justyna, dziękujemy za podzielenie się Twoja recenzją z użytkownikami Gandalfa! 🙂 Gorąco pozdrawiamy!

Dodaj komentarz