Władca much – prawdziwe oblicze dzieci

władca much

Są takie książki, które ciężko jest opisać w taki sposób, aby zachęcić osobę czytającą recenzję do przeczytania jej. Jak bowiem opisać to, co dzieje się na bezludnej wyspie, na którą spadają mali chłopcy w powieści Goldinga? W jaki sposób oddać tamten klimat, przedstawić wychodzące spod maski cywilizacji pierwotne uczucia i skłonności? Jest to zadanie trudne, lecz mam nadzieję, że nie niemożliwe. Nie chcę w tym poście opowiadać zbyt wiele o samej treści książki, czy o tym co się dzieje w niej na poziomie niedosłownym, bowiem cały jej urok tkwi w tym, aby przeczytać ją z otwartą głową i samodzielnie odkryć źródło zła na wyspie. I tak już powiedziałam za dużo.

Na okładce wydania, które wpadło w moje ręce, wydawca zamieścił informację, że m.i. serial „Lost” był inspirowany „Władcą much”. Po jakimś czasie można stwierdzić, że faktycznie tak jest, jednak mi bardziej ta książka przypomina klimatem inną powieść, a mianowicie Więźnia układu Alana Akaba. Nie chodzi tutaj w żadnym wypadku o podobieństwo fabuły. Nic z tych rzeczy. Jednak mimo wszystko ta opowieść o chłopca nie może nie przywieść na myśl innych chłopców, których społeczność jest prawdopodobnie równie skomplikowana.

„Władca much” to rzeczywiście bardzo niepokojąca książka Nie w sensie horroru, nie ma tam miejsca na takie rzeczy. Przeraża natomiast co innego: odkrycie, jak bardzo może zmienić się natura człowieka w warunkach ekstremalnych. Szokuje także zupełnie inne spojrzenie na to, jakie są dzieci. We wstępie napisanym przez Stephena Kinga, w które zaopatrzone jest to wydanie, którego okładka widnieje jako ikonka postu, napisane jest, że Golding postanowił napisać to dzieło właśnie po to, aby pokazać jakie w rzeczywistości są dzieci. Nie chciał przedstawiać ich wyidealizowanych obrazków, jak to często czynią inni autorzy. On przedstawił zupełnie inny ich obraz, pozostawiając odbiorców z całą brutalnością tego stwierdzenia.

Dodaj komentarz