Wojny przestrzeni – zemsty ciąg dalszy

O czym jest ta książka?

Zemsta nie zna końca. Zawsze jest ktoś, kto będzie się mścił za doznane krzywdy. Ktoś, kto uczyni z pogoni za zbrodniarzem cel swojego życia. Szósty, na którego tak wytrwale poluje Kutrzeba, nadal nie zaznał swojej kary. Nie tylko pilnie się ukrywa, lecz także zdobywa sojuszników – tych, których Mirosław skrzywdził na drodze do swojej zemsty. Wygląda także i na to, że ma on wiele wspólnego z atakami przeprowadzanymi w różnych miejscach Wszechświata, a także w Malowanej Moskwie. To już zdecydowanie nie jest sprawa pomiędzy dwoma poróżnionymi mężczyznami. W tej grze stawka jest o wiele, wiele wyższa.

Nie mogę powiedzieć, żeby drugi tom Mitoświata mnie rozczarował. Bynajmniej. Nie mogę też jednak powiedzieć, że jestem nim zachwycona. Technicznie rzecz biorąc druga część była lepsza niż pierwsza. Jednak pod względem tej specyficznej książkowej magii, która sprawia, że w niektórych książkach po prostu się zakochujemy – na tym polu wyraźnie czegoś zabrakło. Z pewnością wiele się tutaj dzieje. Akcja toczy się w świecie rzeczywistym, jak i namalowanym. Wraz z bohaterami odwiedzamy różne zakątki kosmosu. A jednak wśród tego wszystkiego umyka ten specyficzny klimat, który przyciągnął mnie podczas lektury „Pokoju światów”. Odniosłam wrażenie, że za mało jest w tej książce Kutrzeby, a przecież to właśnie nie kto inny jak Mirosław jest jej głównym bohaterem. Zdecydowanie mi go tutaj brakowało, jego silnej osobowości, przebiegłego charakteru i uroku, któremu przecież nikt nie jest w stanie się oprzeć. Zamiast niego otrzymujemy kilku nowych bohaterów, którzy wnoszą powiew świeżości w to skądinąd zgrane już przecież ze sobą towarzystwo. Niemniej jednak to zdecydowanie już nie to samo, co Kutrzeba we własnej osobie.

Tak jak w „Pokoju światów”, tak i w „Wojnach przestrzeni” nie zabrakło nawiązań do przeróżnych baśni, bajek i legend. Na co drugiej stronie możemy doszukiwać się ukrytych znaczeń i nawiązań do znanych nam i nie znanych opowieści. Majka snuje główną nić narracji pomiędzy nimi z takim kunsztem i zaangażowaniem, że wszystkie te ozdobniki stają się naturalnym krajobrazem dla naszej historii. I, szczerze mówiąc, bardzo mi się podoba ten pomysł. Dzięki temu karty tej powieści zaludniają się całą masą niezwykłych postaci i stworzeń. Co z kolei stwarza doskonałe środowisko dla nowych i ciekawych rozwiązań fabularnych. W końcu w świecie, w którym rządzą zasady fizyki opierającej się na zupełnie innych podstawach niż nasza wszystko zdarzyć się może. A skoro tak, to dlaczego by z tego nie skorzystać? I tu właśnie tkwi cały urok tej historii. Fabuła może kluczyć i meandrować po najbardziej absurdalnych zaułkach, a jednak nadal ma to w jakiś przedziwny sposób sens i wydaje się być całkowicie akceptowalne dla czytelnika. Jednym słowem dajemy się oczarować autorowi do tego stopnia, że uwierzymy we wszystko, choćby było to najbardziej na świecie nieprawdopodobne wydarzenie. Cóż, czasem warto się temu poddać i po prostu rozkoszować się tak skonstruowaną powieścią.

Oprócz zalet „Wojny przestrzeni” mają też i swoje wady. Pierwszą, która od razu rzuca się w oczy jest oczywiście brak Kutrzeby, o którym wspominałam już wcześniej. Poza tym elementem, który mnie osobiście nieco przeszkadzał było nadmierne rozbudowywanie niektórych wątków i dość dziwne jak dla mnie zakończenie całej sprawy. Chociaż co do tego zakończenia mam dość mieszane uczucia. Niby nie jest najgorsze i w sumie można się było tego spodziewać, ale jednak… Pozostaje lekki czytelniczy niedosyt w związku z tym, jak się to wszystko kończy. Wracając do pierwszego zarzutu… Cóż. Teoretycznie każdy z tych wątków miał swój cel i sens, podobnie jak takie a nie inne zakończenie. Jednak brakuje w tym wszystkim czegoś, co by sprawiło, że lektura stałaby się fascynująca. Zajmująca czytelnika do tego stopnia, żeby nie chciał choć na chwilę się od niej oderwać. „Pokój światów” był taką właśnie książką i trochę żałuję, że „Wojny przestrzeni” w jakiś sposób są na tym polu zrobione gorzej. Niemniej jednak warto je przeczytać nie tylko ze względu na to, by dowiedzieć się, jak dalej potoczyły się losy Mirosława, Szulera, Burzymura i innych członków tej wesołej kompanii. Warto przeczytać ją, bo to całkiem obszerny kawałek dobrej literatury fantasy.

Dodaj komentarz