Wywiad z Martyną Raduchowską

Wywiad, niestety, nie przeprowadzony osobiście, ale przez to nie mniej interesujący. Zapraszam serdecznie do lektury!

Skąd wziął się pomysł na polską banshee? U nas ta nazwa chyba nie jest zbyt popularna.

To prawda, ale zauważ, że ja tej nazwy w książce nie używam 🙂 Szamanka od umarlaków to połączenie medium (czyli kogoś posiadającego umiejętność komunikowania się z duchami) ze wspomnianą przez Ciebie banshee, czyli istotą (zwykle przybierającą postać zjawy płci niewieściej), która według irlandzkiej mitologii uważana jest za omen śmierci – banshee potrafi bowiem przewidzieć cudzy zgon, zwykle informując o tym przyszłego nieboszczyka mrożącym krew w żyłach krzykiem. A skąd pomysł na taki dar dla głównej bohaterki? Ida od początku miała być czarną owcą, która zamiast podporządkować się wielopokoleniowej tradycji, sama zamierza decydować o własnym losie. Niemagicznym dzieckiem urodzonym w jak najbardziej magicznej rodzinie, dziewczyną marzącą o zwyczajnym życiu, w jakim nie ma miejsca na czary. By skutecznie pokrzyżować jej plany, musiałam obdarzyć ją wyjątkowym nadprzyrodzonym talentem, a szósty zmysł był idealny do tego celu.

Co myślisz o twórczości takich osób jak: Stephen King, Jonathan Carroll, Stanisław Lem, Wiesław Myśliwski?

Jeśli chodzi o Kinga, czytałam jedynie „Misery” i to na dodatek wieki temu. Szczerze mówiąc, film pamiętam dużo lepiej niż książkę. Znam sporo ekranowych adaptacji jego twórczości, ale z powieściami jakoś nigdy nie było mi po drodze. Zawsze miałam coś innego na myśli, gdy szukałam nowej lektury, więc tutaj się nie wypowiem, muszę najpierw nadrobić.
Podobnie sprawy mają się z Wiesławem Myśliwskim. Co ciekawe, choć zarówno w czytaniu, jak i w pisaniu zwykle trzymam się szeroko pojętej fantastyki, to do tego pisarza ciągnie mnie bardziej niż do Kinga. Mam kilka pozycji autorstwa Myśliwskiego na liście książkowych zakupów.
Jonathana Carrolla czytywałam, owszem, mam na półce dwie jego książki, obie opatrzone autografami: „Krainę Cichów” oraz „Dziecko na niebie”. Treść tej drugiej już mi się mocno zatarła w pamięci, ale „Kraina…” – choć miałam ją w rękach kilkanaście lat temu – zrobiła na mnie tak duże wrażenie, że zapamiętałam ją wyjątkowo szczegółowo. Kto nie czytał, temu polecam 🙂
Stanisława Lema bardzo lubię, ale znam tylko te lżejsze pozycje, takie jak „Dzienniki Gwiazdowe” dla przykładu. Do niedawna zwyczajnie nie miałam ani serca, ani cierpliwości do science fiction – dopiero zaczynam się przekonywać do tego podgatunku, zatem najlepsze wciąż przede mną.

Jeśli można spytać, to jakie są Twoje plany na przyszłość względem kolejnych książek?

Cóż, wygląda na to, że z każdym kolejnym tekstem będzie się robiło coraz mroczniej. Na pierwszy ogień idą dwa opowiadania, jedno szamankowe, drugie kryminalne. Potem przyjdzie czas na powieść spod znaku kryminału i cyberpunku. A następnie kto wie, może już trzeci tom o szamance?

Co jest dla Ciebie źródłem inspiracji przy tworzeniu postaci?

Nie co, tylko kto 🙂 Członkowie rodziny, przyjaciele, bliscy lub dalsi znajomi, a nawet bywa że obcy, jeśli z jakiegoś powodu przykuli moją uwagę na ulicy, w autobusie czy kolejce do kasy. Ida, Kruchy, Tekla, Ruda, Duch – ich wszystkich wykreowałam, inspirując się charakterami ludzi, których znam. Ida ma sporo moich cech, choć i różnic między nami nie brakuje. Tekla jest odzwierciedleniem mojej siostry, natomiast sposób mówienia odziedziczyła po redaktorce, z którą pracowałam między innymi nad „Szamanką…”. Kruchy to wypisz wymaluj mój najlepszy przyjaciel i przyszły mąż w jednym: choć wyglądają zupełnie inaczej, to gadają i zachowują się tak samo.

Chcesz się ograniczyć w pisaniu do jednego gatunku, czy raczej wolisz spróbować czegoś nowego?

Fantastyka to moje naturalne środowisko, jej elastyczność i niemal zupełny brak ograniczeń dla wyobraźni niezwykle mi odpowiadają, więc na razie nie przewiduję twórczej wycieczki poza granice gatunku. Ale jeśli chodzi o wewnątrzgatunkowy – bardzo płynny zresztą – podział, to tak jak wspominałam wyżej, na moment porzucę urban fantasy na rzecz romansu z cyberpunkiem i kryminałem. A potem się zobaczy.

Dlaczego zdecydowałaś się wrócić do Polski?

Wyjechałam w konkretnym celu: by zdobyć wykształcenie i nauczyć się języka. Misja zakończyła się pełnym sukcesem, nie pozostało mi zatem nic innego, jak tylko spakować walizki i czmychnąć z powrotem na ojczyzny łono. Owszem, mogłam zostać na Wyspach, owszem, miałam widoki na doktorat na bardzo dobrej uczelni, owszem, miałam widoki na pracę i to naprawdę nieźle płatną… Tylko co z tego, skoro przy brytyjskiej pogodzie wszystkiego mi się odechciewało 😉 Jestem meteoropatką, tamtejsze gwałtowne i nieustające zmiany pogody były dla mnie istną torturą. Zresztą, w duszy szeleści mi papier, w żyłach płynie atrament, głowę mam pełną pomysłów, a skoro pisać mogę wszędzie, to ja chcę to robić w Polsce. Tu jestem u siebie.

Czy jest jakiś pisarz, który stanowi dla Ciebie autorytet?

Owszem, ale jednego jedynego wymienić nie potrafię. Za to kilku jak najbardziej: Jarosław Grzędowicz, Anna Kańtoch, Jacek Dukaj, Robert M. Wegner, Andrzej Sapkowski, George R. R. Martin czy Peter Watts.

Co sądzisz o poziomie polskiej fantastyki?

Zaraz po powrocie do kraju uczucia miałam mocno mieszane. Byłam szczerze zawiedziona, że na półce w księgarni widzę tak mało nowych nazwisk. Teraz jestem w trakcie nadrabiania zaległości w rodzimej fantastyce i z ulgą odkrywam, że wcale nie jest tak źle, jak myślałam.

Czy masz jakieś ulubione momenty w swoich książkach, do których szczególnie lubisz wracać?

Zwykle z upodobaniem graniczącym z masochizmem wracam do fragmentów, które najtrudniej mi się pisało. A to dlatego, że te fragmenty są zarazem najważniejsze dla całej historii – przynajmniej w moim odczuciu. W przypadku „Demona Luster” jest to cały rozdział ósmy, czyli wydarzenia w lustrzanych piekłach. Nieźle się nad nimi napracowałam.

Dodaj komentarz