Wyznaję – historia życia

O czym jest ta książka?

Adrian Ardévol u schyłku życia próbuje opowiedzieć swoją historię. Zaczynając od lat dziecięcych, kiedy to wychowywał się w dość specyficznej rodzinie, poprzez rozterki wieku młodzieńczego, aż po samą starość, która goni go widmem nieuleczalnej choroby. Jednak to coś więcej niż opis życia jednego bohatera. Adrian, a może nie on?, wychodzi zdecydowanie poza ramy swojego życia. Przenosi się w czasie i przestrzeni, będąc narratorem opisywanych wydarzeń i jednocześnie ich głównym bohaterem. Te z pozoru niezwiązane z fabułą wtrącenia okażą się jej bardzo istotną częścią.

Za „Jaśnie pana” polubiłam twórczość Jaume Cabré. Ale jego „Wyznaję” powaliło mnie na kolana. Co prawda nie od pierwszej strony, jednak kiedy już weszłam w rytm tej powieści… Mogę chyba śmiało powiedzieć, że jeszcze nie zdarzyło mi się przeczytać w życiu lepszej książki. Początki były trudne. Mieszanie narracji pierwszoosobowej z trzecioosobową, to wtrącanie historii bez związku z fabułą w połowie zdania – przyznaję, że szczerze mnie to irytowało. Teraz nie wyobrażam sobie tej powieści, bez takich właśnie zabiegów. Zdecydowanie nie jest to łatwa w odbiorze książka. Zarówno pod względem stylistycznym, jak i tematycznym. Autor bowiem postanowił w „Wyznaję” zawrzeć własną wizję zła. Zarówno tego, z jakim mamy do czynienia na co dzień, i jakie czynimy sami, jak i tym ogromnym – z Inkwizycją, ludobójstwem, obozami koncentracyjnymi. Właśnie temu służy szkatułkowa budowa tej powieści. Pokazaniu w sposób dość niejednoznaczny zła i jego konsekwencji, ogromu bólu i cierpienia, który przez stulecia był udziałem niezliczonej rzeszy ludzi. Bo mówić w prostu się o tym nie da. Potrzeba kluczenia, ukrywania niektórych rzeczy między wierszami. A także wiele zrozumienia, by pojąć ogrom tego wszystkiego.

Adrian Ardévol to specyficzna postać literacka. Choć w tej książce chyba wszystkie są takie. Niemniej on zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych dramatis personae. Wychowywany bez miłości, a jednak potrafi kochać. Cudowne dziecko, niemal geniusz, który miał być spełnieniem marzeń ojca. W czasach antycznych kogoś takiego zapewne nazwano by myślicielem, wybitnym znawcą życia i jego zagadek. Z tego, co opowiada o sobie wyłania się obraz człowieka, którego nie da się jednoznacznie opisać czy zaklasyfikować do którejś z kategorii. Można powiedzieć, że ma w życiu dwie namiętności: Żydówkę o imieniu Sara i skrzypce o imieniu Vial. Jak wszystko w jego życiu, tak i miłość do tej kobiety i tego instrumentu ma w sobie swoisty rys tragizmu. Z Sarą nie dane mu było spędzić zbyt wiele czasu. Rozdzieliły ich matki w najgorszy możliwy sposób. Natomiast instrument… Sama jego historia, pełna przemocy i krwi, mogłaby posłużyć za kanwę osobnej powieści. A mimo Adrianowi nie łatwo jest się z nim rozstać, nawet w obliczu utraty ukochanej kobiety. W obliczu tego wszystkiego tytuł „Wyznaję” wydaje się być jedynym możliwym odpowiednim do tej książki. Ona cała jest jednym wielkim wyznaniem grzechów. Swoich i cudzych. Jest spowiedzią poczynioną przez jednego człowieka za całe zło ludzkości. I jednocześnie przyznaniem się do błędów i porażek życia zwykłego człowieka.

Oprócz samej historii, trzeba także powiedzieć, że konstrukcja tej powieści jest niesamowita. Historie ukryte w historiach. Narracja, z początku tak przeszkadzająca, z czasem nabiera nowego znaczenia. Poboczne opowieści, przenoszące nas w odległe (lub mniej) czasy i miejsca. Fragmenty ukazujące z lotu ptaka Adriana taki, jaki jest teraz: schorowany, umieszczony w specjalistycznym ośrodku, pozbawiony nawet najdrobniejszego wspomnienia. Wszystko to składa się na chór głosów, jakie możemy usłyszeć w powieści „Wyznaję”. A jest to z pewnością coś, czego nigdy jeszcze w swoim życiu nie słyszeliście. To powieść, którą ciężko jest w jakikolwiek sposób zaszufladkować, podobnie jak i głównego bohatera. Nie chcę jej także do niczego porównywać, ponieważ jest ona podobna tylko i wyłącznie do siebie. Ten, kto miał już styczność z twórczością Cabré wie z pewnością, że ma on swój specyficzny styl i ta powieść jest tego potwierdzeniem. Podejrzewam, że tak jak nie jest to książka łatwa w odbiorze, tak nie była łatwa w stworzeniu. Tym bardziej więc należy docenić kunszt i wysiłek, jak autor włożył w jej stworzenie. Jestem przekonana, że ta moja pierwsza lektura „Wyznaję” nie była bynajmniej ostatnią i pewnością sięgnę po to dzieło jeszcze nie jeden raz. Czego życzę również wszystkim, którzy ten tekst przeczytają.

Dodaj komentarz