Zanim się pojawiłeś – można żyć bez happy endu

O czym jest ta książka?

W normalnej sytuacji Will i Lou nigdy by się nie spotkali. On, młody i przedsiębiorczy, wiódł życie bogatego biznesmena cieszącego się życiem. Ona, w tej samej pracy i z tym samym chłopakiem, była wzorem małomiasteczkowego trybu życia. Jego wypadek i jej desperackie próby znalezienia źródła dochodów sprawiły, że w końcu się poznali. Początki, jak to zwykle bywa, były ciężkie, jednak poczucie humoru może przełamać najzimniejsze lody. Kiedy na jaw wychodzi prawdziwy powód, dla którego Lou została zatrudniona jako opiekunka Willa, dziewczyna stawia sobie za punkt honoru pokazanie mu, że życie po wypadku nie musi być koniecznie takie złe. Nie spodziewa się tylko, że jej własne życie zmieni się dzięki temu w tak nieprzewidywalny sposób.

Pisarze już chyba za bardzo przyzwyczaili swoich czytelników do kończenia wszystkiego happy endem. Dlatego też, jeśli tylko ktoś odważy się wyłamać z ogólnie przyjętego schematu od razu odzywają się głosy oburzenia. No bo przecież jak to, że nie mogła napisać, że „żyli długo i szczęśliwie”! Skandal, dosłownie skandal. Przecież na pewno dałoby się coś z tym zrobić. Mnie tam jednak podoba się to, że każde zakończenie musi być tak samo słodkie i lukrowane jak te w filmach Disney’a. Ostatecznie w życiu też nie zawsze, a nawet zazwyczaj, wszytko układa się po naszej myśli. Są rzeczy, które możemy zmienić, mamy na nie większy lub mniejszy wpływ. Jednak są i takie, na które nie możemy poradzić zupełnie nic. I do kogo mamy wtedy mieć pretensje, że nie dopisał do naszej historii cukierkowego zakończenia? Poza tym, zastanawialiście się kiedyś, co się dzieje po tym „żyli długo i szczęśliwie”? Ha! Nikt nigdy nie chce o tym opowiadać, bo mogłoby się okazać, że wcale nie jest to aż taka sielanka, jak byśmy chcieli wierzyć. Film „Po napisach” („After the credits”) świetnie o tym opowiada. Ale nie jest on tematem dzisiejszego wpisu. Jak ktoś ma ochotę na niebanalną rozrywkę to zapraszam, link wrzucę na koniec wpisu.

Myślę, że szczęśliwe zakończenia to luksus, którym autorzy książek rozpieszczają nas stanowczo zbyt często. Przez to nabieramy przekonania, że wszystko, absolutnie wszystko, musi się skończyć dobrze. Każda historia powinna kończyć się ślubem albo chociaż jego zapowiedzią. Nie pozostawiamy tym samym autorowi ani postaciom możliwości wyboru. A książka „Zanim się pojawiłeś” właśnie o tym jest. O dawaniu wyboru. Pozostawianiu podejmowania życiowych decyzji osobie, do której to życie należy. Nawet jeśli ta decyzja ma także zaważyć na naszym życiu. Ma dotknąć nas samych osobiście. To czy jednak możemy podejmować ją za kogoś? To dylemat, z którym musi się zmierzyć główna bohaterka tej książki. Dać ukochanemu wybór i pokornie pogodzić się z jego decyzją? Czy może próbować za wszelką cenę zmusić go do zmiany zdania? Odnoszę niekiedy wrażenie, że ogół społeczeństwa uważa, że pewne decyzje można podjąć za kogoś. A jeśli nie uda się nam tego zrobić – zostajemy potępieni. Bo przecież na pewno był jakiś sposób, żeby go od tego odwieść, zapobiec, cokolwiek. I ci wszyscy obserwatorzy na pewno wiedzieliby co powiedzieć, co zrobić. Oni by się nie poddali. Zadziwia mnie ludzkie przekonanie o własnej doskonałości i wszechwiedzy. To doprawdy zdumiewające.

Ta książka jest tak niebanalna, że aż ciężko mi jest samej w to uwierzyć. Patrząc na okładkę spodziewałam się raczej przewidywalnego romansu, niż tego ogromu emocji, które zaserwowała mi autorka. Gdyby nie niewinne z pozoru pytanie klientki „Czy sądzi Pani, że ta książka jest dobra?”, usłyszane pewnego dnia w pracy pewnie nawet bym się za nią nie zabrała. Pomyślałabym, że to tani romans, jak wiele jemu podobnych, i przeszła obojętnie dalej. Nawet nie wiedziałabym, że mam czego żałować. Autorka rozpoczyna swoją opowieść dość delikatnie. Problemy mieszkaniowe, problemy z rodziną, ze znalezieniem pracy. Z tym zmaga się każdy z nas. Jednak już chwilę później zostajemy rzuceni na na prawdę głęboką wodę. Prawdziwe problemy dopiero się zaczynają. Nie jest to jednak jedna z tych smutnych książek, w których smutni bohaterzy stają się jeszcze bardziej ponurzy. Główni bohaterowie wnoszą tyle poczucia humoru, że można by nim obdzielić kilka postaci. Jest to zdecydowanie wielki atut tej powieści, że jest napisana takim językiem. Lekkim, przyjemnym w odbiorze. Naturalnym. Dzięki temu świadomość cierpienia i choroby nadal jest obecna, nie jest jednak przytłaczająca. Jawi się jako coś, co może stać się elementem codzienności. Czymś, do czego jesteśmy w stanie się przyzwyczaić i z tym żyć.

Dla mnie to też książka niezwykła, ponieważ porusza trudne tematy. Takie, o których nie chcemy rozmawiać Unikamy ich, jakbyśmy myśleli, że dopóki o czym się nie mówi, to to po prostu nie istnieje. Że problem rozwiąże się sam, jeśli tylko za bardzo nie będziemy o nim mówić czy nawet myśleć. A tutaj autorka każe nam się skonfrontować z rzeczywistością, bo nie wątpię, że każdego z nas mogłaby spotkać taka sytuacja. Bardziej lub mniej osobiście. W takiej sytuacji odkładanie rozwiązania na „potem” nie jest wyjściem. W zasadzie nie ma tutaj żadnego dobrego wyjścia. Możemy jednak chociaż spróbować wykazać tę odrobinę empatii, choć spróbować wczuć się w sytuację. Równie dobrze mogło się to przydarzyć nam. Równie dobrze to my mogliśmy zostać pozbawieni jakiejkolwiek możliwości wyboru. A jednak to wciąż jest książka pełna optymizmu. Jakiegoś takiego wewnętrznego przekonania, że w życiu nie może być tak na prawdę źle. Nawet jeśli nie wszystko się układa po naszej myśli. Nawet jeśli w tej chwili nie jesteśmy w stanie czegoś dokonać to to się stanie. Jutro, pojutrze. Za rok. Kiedyś. Ale się stanie. Odnotujemy ten fakt i nasze życie będzie lepsze. Nie mam pojęcia jak ja sama zachowałabym się na miejscu głównej bohaterki. Na pewno też miałabym wątpliwości. Całą masę. I walczyłabym o swoje szczęście. Ale nie wiem, jaka stałabym się w momencie, kiedy trzeba byłoby się pogodzić z tym, że poniosłam porażkę.

Obiecany link do filmu: „Po napisach”

Dodaj komentarz